Sobota i niedziela to były dni kina. W sobotę poszliśmy z Patrycją na „Kill Bill vol. 2″. Bawiłem się świetnie, choć Tarantino znowu zaskoczył — to naprawdę nie było to, czego się spodziewałem. Ludzie nawet wychodzili z kina ze słowami „szkoda kasy na bilet”. Nieprawda i jeszcze raz nieprawda.
„Kill Bill” w całości jest hołdem Tarantino dla kina kung-fu, a więc głównie filmów klasy B z Hong Kongu. I o ile pierwsza część to hołd dla sztuk walki, o tyle część druga to „trybut” dla całej otoczki tych walk, filozofii tego typu filmów. W drugiej części nie ma więc już tak wielu efektownych pojedynków — jeśli nastawiasz się na mordobicie, będziesz zawiedziony/a. Jest za to wschodni humor, filozofia wielkich mistrzów, czy choćby filozofia samego kung-fu. Pokazano różne style wu-shu, pokazano mistrzowskie umiejętności improwizacji (robienie miecza z anteny od telewizora) — docenić to mogą jednak tylko ci, którzy coś o tym wszystkim wiedzą.
Reasumując: „Kill Bill vol. 1″ był dla „mas” — efektowne sceny walki mogły wciągnąć nawet postronnego widza. „vol. 2″ to już kąsek dla smakoszy — ktoś nieobeznany w temacie może być zawiedziony brakiem wielkiej jatki. Ale w całości dzieło jest kompletne, właśnie takie, jak powinno być. No i jest nieśmiertelny zwrot z filmów klasy B: „Twoje kung-fu jest do bani!” :-)



