Czy na pewno ścigać „ściągaczy”?
Firma The Leading Question w swoim ostatnim badaniu użytkowników Internetu obala popularny mit, jakoby ludzie, którzy nielegalnie wymieniają się muzyką byli zagrożeniem dla przemysłu muzycznego…
Jak donosi BBC (jeszcze nie znalazłem linka do oryginalnego raportu), badanie pokazuje, że ludzie, którzy wymieniali się nielegalnie muzyką (ściągali z serwisów P2P), wydają na legalną muzykę w sieci 4,5 raza więcej, niż zwykli fani. Gdyby koncerny muzyczne kazały ich aresztować, straciłyby większość przychodów :)
Czym wytłumaczyć taki stan rzeczy? Wydaje mi się, że przyczyną jest większa „świadomość technologiczna” tej grupy. Do ściągania plików trzeba mieć jednak odrobinę technicznych umiejętności, a razem z nimi przychodzi wiedza — na temat praw autorskich i innych mechanizmów rządzących siecią. Taki człowiek nie boi się potem kupować muzyki w legalnym sklepie internetowym, doskonale zdaje sobie sprawę z ograniczeń, ale także z ułatwień. Dużo prościej jest jednak zapłacić 99 centów za utwór w sklepie iTunes, niż szukać go pół dnia po całym Internecie :)
Sam jestem tego najlepszym przykładem. Uczyłem się Internetu od dawien dawna i znam także jego „mroczniejsze” zakamarki — potrafię złamać niemal każdy program (czy to samodzielnie, czy przy pomocy dostępnych narzędzi), znaleźć informacje głęboko zagrzebane… Jednak aktywnie walczę z piractwem, promuję ruch Open Source, kupuję legalne płyty…
Pewnie, że nie mam całkowicie czystego sumienia (w końcu gdzieś się musiałem uczyć tego łamania), ale dziś koncerny muzyczne czy firmy softwarowe mają ze mnie więcej pożytku, niż szkody. A ja wolę dostać oprogramowanie od Adobe jako nagrodę za moją pracę, niż ściągać piraty z netu :)




