Wczoraj na urodziny dostałem dwie płyty CD – Receptura Pokahontaz i Encore Eminema. Oczywiście od razu powędrowały do ripowania, wolę nosić ze sobą tylko laptopa z muzyką, zamiast ton płyt CD.
1. Jak to się robi w Windows?
Wkładasz płytę do napędu, uruchamia się Windows Media Player (najczęściej). Możesz odsłuchać muzyki lub dodać ją do muzycznej kolekcji (w obwarowanym patentami i DRM formacie WMA bądź – jeśli potrafisz i pogrzebiesz w preferencjach – w obwarowanym patentami, ale bez DRM formacie MP3). Oczywiście musisz wiedzieć, jak się obsługuje WMP, żeby chciał zgrywać tam, gdzie chcesz.
2. Jak to się robi w Gnome?
Wkładasz płytę do napędu. Uruchamiasz dedykowany program do zgrywania płyt. W zależności od ustawień zgrywasz do formatu WAV lub FLAC (bez kompresji, zajmują dużo, ale dźwięk jest pełnej jakości) lub OGG (nie obwarowany patentami, kompresowany) czy MP3 (jak wyżej). Tu również musisz wiedzieć, jak obsłużyć ripper. Choć jest trochę łatwiej, bo program służy tylko do zgrywania płyt, więc ma tak naprawdę dwa guziki na krzyż. Co nie zmienia faktu, że to jednak kolejny program do uruchomienia i nauczenia.
3. Jak to się robi w KDE?
Po włożeniu płyty, jej ikonka pojawia się od razu na pulpicie – tak samo jak w Gnome, choć w Gnome po jej kliknięciu zaczyna się odtwarzanie. W KDE po kliknięciu na płytę otwiera się… okienko z plikami. W folderze mamy: pliki WAV z utworami, pliki OGG z utworami (w osobnym folderze, ponazywane jak trzeba), pliki FLAC z utworami (w bezstratnej kompresji). KDE „automagicznie” ściągnął z internetu nazwy poszczególnych utworów i przyporządkował je poszczególnym plikom. Teraz, żeby przenieść plik do kolekcji, wystarczy go skopiować lub przeciągnąć do odpowiedniego folderu. Program sam zajmie się kompresją (w zależności od tego, czy kopiowaliśmy WAV, FLAC czy OGG – pewnie byłby też MP3, gdybym miał zainstalowany koder) i umieszczeniem plików tam, gdzie sobie życzymy. Nie trzeba się uczyć niczego nowego – jeśli potrafisz kopiować pliki z okienka do okienka, potrafisz zgrać swoją płytę na twardy dysk. Nie trzeba uruchamiać żadnych dodatkowych programów – kompresja i kodowanie odbywa się „pod przykrywką” kopiowania. Jak dla mnie, takie podejście jest rewelacyjne, dużo bardziej przejrzyste niż uruchamianie rippera, grzebanie w jego preferencjach i potem kopiowanie płyty.
Uczcie się, chłopaki od Windows ;-)



