Ostatnie wydarzenia pokazują, że technologie zabezpieczania przed kopiowaniem (DRM — Digital Rights Management) robią więcej szkody, niż pożytku. Firmy fonograficzne na gwałt prześcigają się w umniejszaniu ich znaczenia. Czy naprawdę potrzebujemy DRM?
Na początek dwa krótkie przypomnienia: gigant fonograficzny Sony/BMG stosował w swoich zabezpieczonych przed kopiowaniem płytach CD tzw. rootkit — narzędzie ukrywające przed użytkownikiem (i samym systemem operacyjnym) określone pliki czy katalogi. Praktyka ta jest stosowana najczęściej przez programy typu spyware — i płyty Sony/BMG zachowują się właśnie w ten sposób. Nigdzie nie informują użytkownika o instalowaniu oprogramowania oraz nie umożliwiają łatwej jego instalacji. Co więcej, w sieci pojawiło się kilka wirusów wykorzystujących obecność rootkit’a w systemie. Słowem — Sony dało plamę na całej linii. Sprawę wykrył autor bloga sysinternals.com, a temat bardzo szybko z blogów przeniósł się do „głównych” mediów.
Od samego ujawnienia oprogramowania gorsze było jeszcze tłumaczenie przedstawicieli Sony — w publicznym radio twierdzili, że „większość użytkowników nie ma pojęcia, co to jest rootkit, więc nie powinno ich to w ogóle obchodzić”. Brawo, Sony! PR w najlepszym wydaniu :)
Koncern jednak „przywołał się do porządku”, opublikował na stronie listę „zarażonych” płyt, wycofał je ze sprzedaży, a użytkownikom zaoferował darmową wymianę na „czyste” CD (plus dorzucił gotowe pliki MP3 do odtwarzania w urządzeniach przenośnych). Do tego Sony zobowiązał się do wstrzymania wykorzystania tej konkretnej technologii DRM.
Wpadka Sony/BMG sprawiła, że media zaczęły słuchać głosów konsumentów narzekających na technologie DRM. Sam jakiś czas temu narzekałem na zabezpieczenie przed kopiowaniem w albumach m.in. grupy Goya (tutaj i tutaj) — nie mogę zrobić sobie kopii bezpieczeństwa, nie mogę (bez utrudnień) zgrać plików MP3 na przenośny odtwarzacz itd. Tak naprawdę koncern EMI (bo o jego zabezpieczenia tym razem chodzi) dostarczył mi wadliwy produkt.
W USA mógłbym się procesować z firmą (mając spore szanse na wygraną). EMI doskonale zdaje sobie z tego sprawę — Sony po dwóch dniach „rootkitowej afery” miało już kilka procesów :) Dlatego EMI próbuje „cywilizować” swoje zabezpieczenia, na razie za pomocą zabiegów PR. Nędznych zabiegów, dodajmy :)
Kolejna kuriozalna historia: w samym środku „rootkitowej afery” koncern EMI publikuje oświadczenie, w którym czytamy, że „EMI wspólnie z Apple prawie zakończyły prace nad umożliwieniem odtwarzania zabezpieczonych płyt CD na iPod-ach”. Firma Apple niemal natychmiast wydała oświadczenie, w którym wprost zaprzecza informacjom EMI, dodając, że „nie mają pojęcia, dlaczego EMI opublikowało taką informację”.
To ja może dorzucę kontekst „historyczno-ekonomiczny”.
EMI wydało oświadczenie dlatego, że chciało zdystansować się od sprawy Sony/BMG. Ich płyty — zabezpieczone systemem Macrovision — odtwarzają się tylko na maszynach z Windows, nie działają na Makach (Linux radzi sobie z nimi doskonale, ale to inna historia). Firma po prostu bała się procesów i wykonuje „zapobiegawczy PR”. Tylko, że wciągnęła w to Apple, z którym ostatnio nie żyje najlepiej.
Nie wiem, czy kolejne płyty będą działać z Makiem (Apple najwyraźniej też nie ma pojęcia). Wiem za to, że EMI kilka dni temu wydało oświadczenie o możliwości zmiany cen na swoje utwory w sklepie Apple iTunes Music Store. Polityka cenowa ogłoszona przez EMI zakłada podniesienie cen na popularne utwory, a obniżenie tych mniej popularnych. Apple milczy w tej sprawie jak zaklęty, ale może po prostu nie mieć wiele do powiedzenia. Póki co to koncerny muzyczne rządzą rynkiem muzycznym — czy się to Steve’ovi Jobsowi podoba, czy nie.
A jest spora szansa, że się nie podoba. Kilka miesięcy temu Jobs (szef Apple) pytany o możliwość podwyżek cen w iTMS odpowiedział, że na podwyżki naciskają „chciwe koncerny muzyczne” (dokładnie takie sformułowania użył). I jest spora szansa, że dostał za to „prztyczka w nos” w postaci zmiany strategii cenowej EMI. I że „odgryzł się” odcinając się od informacji o „przyjaznych DRM-ach EMI”.
Wszystkie te prztyczki i cenowe przepychanki mają jednak jeden wspólny mianownik — mnie, konsumenta. Kupuję legalne płyty i wkurza mnie traktowanie mnie jak złodzieja i idiotę. Zamiast pogłaskać mnie po głowie za kupowanie ich płyt, dostaję na tej płycie wirusa. To chyba trochę za wiele, prawda? Rozumiem interes koncernu — ale walczyć powinno się z piratami, nie ze mną! A jeśli nie umiecie z nimi walczyć tak, żebym ja przy tym nie cierpiał, znajdźcie sobie inne zajęcie!
Na jakiś czas zamierzam omijać szerokim łukiem płyty koncernu Sony/BMG i dwa razy się zastanowić, czy naprawdę potrzebuję płyty EMI z zabezpieczeniem Macrovision. Chcę mieć w kolekcji płyty, które mogę skopiować na urządzenie przenośne, komputer i kompilację MP3 do samochodu. Jeśli koncerny nie rozumieją tego, będę kupował gdzie indziej lub wcale. Kiedyś zmądrzeją.



