Poprzedni post na temat możliwego zakupu Opera Software przez Google wywołał sporo komentarzy w blogosferze. OK, może to tylko plotki. Ale zastanówmy się — czy Opera przyda się Google?
Zacznijmy od rynku tradycyjnych przeglądarek internetowych. W tej chwili na PC mamy trzech głównych graczy: Internet Explorer Microsoftu, Firefox z Mozilla Foundation i właśnie Operę. Produkt Microsoftu jest używany chyba tylko przez zupełnie nieświadomych użytkowników — braki oczywistych funkcji praktycznie wykluczają go z użytku w grupie tzw. power users. Sytuacja może się zmienić z nadejściem wersji 7, ale nie zmienia to faktu, że monolit Explorera został już poważnie nadkruszony.
Gdzie IE nie może, przebojem wchodzi Firefox. Doskonały jakościowo silnik, dostępność niemal na wszystkich platformach, trzymanie się sieciowych standardów i dynamiczny rozwój to jego niewątpliwe zalety. Wadą jest… status Wolnego Oprogramowania. Nie stoi za nim żadna konkretna firma, nie ma gwarancji rozwoju. Użytkownicy biznesowi „przejechali się” już na wycięciu Mozilla Suite z głównej linii produktów fundacji. Ci, którzy opierali na Suite swoje struktury informatyczne głośno wyrażali swoje niezadowolenie. Jednak nawet ci z największymi pieniędzmi nic nie mogli zrobić — Mozilli nie da się kupić.
A kupiona przez Google Opera? Doskonały jakościowo silnik, dostępność niemal na każdą platformę, trzymanie się sieciowych standardów, dynamiczny rozwój… i wsparcie jednego z największych sieciowych potentatów. Bezpośrednie wsparcie (czytaj: bezpośredni wpływ na rozwój produktu, a nie zgłaszanie poszczególnych funkcji do akceptacji). Czy to nie jest produkt, z którym powinno się poważnie liczyć? Firefoksa z jego 15% udziałem w rynku można jeszcze traktować jak margines i nie projektować stron z nim zgodnych. Ignorowanie przeglądarki należącej do Google to już poważniejsza zbrodnia. A Google jest dość znany z trzymania się oficjalnych standardów, więc samo nabycie przez nich Opery odbije się pozytywnie na zawartości Internetu — spora część administratorów stron „IE only” dwa razy pomyśli, zanim zaktualizują je tylko dla MS Browsera.
Nie zapominajmy też o rynku przeglądarek mobilnych. Opera ma na nim pozycję silniejszą niż kiedykolwiek. Jest dostępna na Symbianie i Windows Mobile — czego nie można powiedzieć np. o przeglądarce Microsoftu — oraz w urządzeniach domowych. To naprawdę dynamiczny segment, którego rozwój będziemy oglądać w ciągu najbliższych lat. Opera byłaby na nim jednym z najlepszych przyczółków Google.
Jeszcze jedna sprawa: Opera to nie tylko przeglądarka internetowa. Zintegrowany klient pocztowy M2 słynie z szybkiego indeksowania i wyszukiwania (brzmi znajomo? Google też!) wiadomości. Jego wadą jest… ścisła integracja z przeglądarką. Ciężko używać Opery jako przeglądarki z innym klientem poczty — program dość skutecznie nam to utrudnia. Z drugiej strony samemu M2 brakuje nieco funkcjonalności — tworzenie maili w HTML-u czy zintegrowany kalendarz są na pewno na „liście życzeń” wielu użytkowników. Drogi rozwoju są dwie. Oddzielić M2 i przeglądarkę od siebie i pozwolić użytkownikom używać samej Opery-przeglądarki, bez klienta poczty — dając im swobodę wyboru. Albo dołożyć do M2 dodatkowe możliwości (rozwijając program lub przy pomocy rozszerzeń — jak w Firefoksie). Osobiście chętniej zobaczyłbym to drugie rozwiązanie — Opera idąca w kierunku Mozilla Suite, z klientem poczty, kalendarzem i może kilkoma rozszerzeniami: zwarte i kuszące rozwiązanie dla użytkowników biurowych.
To wszystko oczywiście spekulacje — równie dobrze Google może zadziwić nas za kilka miesięcy i pokazać swoją własną przeglądarkę. W końcu wiemy, że wciąż zatrudnia nowych programistów z Mozilla Foundation. Jednak tu trzeba postawić pytanie: czy na rynku potrzebna jest jeszcze jedna przeglądarka?




Pingback: Lukasz Macheta » Blog Archive » Opera w rękach Google?
Pingback: AMROD blog » Po co Googlom Opera?