Jak donosi Gazeta Prawna, nowelizacja ustawy o prawie autorskim przygotowana przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego zakłada zmniejszenie odpowiedzialności użytkowników nielegalnego oprogramowania. Zamiast płacić odszkodowanie, pirat będzie musiał jedynie… kupić znaleziony u niego nielegalny program.
Rząd twierdzi, że podstawą do tego typu działań są dyrektywy unijne. Jednak — jak twierdzi prof. Ewa Nowińska z UJ — Unia Europejska nie nakłada żadnych tego typu ograniczeń na państwa członkowskie, kraje same decydują o restrykcyjności kar.
Takie zmiany w prawie doprowadzą oczywiście do eskalacji piractwa komputerowego. Już dziś znakomita część użytkowników nie uważa kradzieży własności intelektualnej za kradzież, zasłaniając się argumentem, że „niczego materialnego nie kradną”. Dalsze zachęty ze strony ustawodawcy tylko pogłębią to myślenie.
Co zatem nas czeka po wprowadzeniu tej ustawy? Wszyscy będą traktować pirackie oprogramowanie jak „wersję demo” (używasz za darmo, póki Cię nie złapią, potem kupujesz program). Dziś pracę i zarabianie na programie zaczyna się od jego kupienia — wynagrodzenia pracy jego twórców. Jutro będziemy go kupować „w najgorszym przypadku”. Zresztą i tak nie będzie warto — mając takie prawo, programiści przestaną być zainteresowani tworzeniem dla polskiego rynku, więc będziemy właściwie skazani na buble lub tłumaczone oprogramowanie OpenSource.
A ja potem się dziwię, że nie mogę kupować piosenek w iTunes Music Store. Chłopaki w Apple pewnie wiedzieli, że rząd zamierza mi je sprezentować za darmo (bo będę mógł sobie ściągnąć pirata i słuchać — w najgorszym razie zmuszą mnie do kupienia płyty).
Piracą — moim zdaniem — ludzie o wąskich horyzontach, którzy nie potrafią sobie wyobrazić, że za pracę intelektualną (a nie tylko machanie kilofem) też można oczekiwać wynagrodzenia. I dla nich właśnie jest ta ustawa. Pisana — jak się wydaje — przez równe im „umysłowe potęgi”. Żenada.



