Dziś dokonałem dwóch transakcji z zerowym rabatem. Jednak jedną z nich wspominam lepiej niż inną. Dlaczego?
Transakcja pierwsza: bank. Pracownik obsługi klienta daje mi coś do zapłacenia, ale mówi: „Porozmawiam jeszcze z szefową, bo w jej kompetencjach leży obniżenie marży, może uda się coś wynegocjować”. Po rozmowie wraca i mówi: „Przykro mi, to sztywna marża, nic już nie mogę zrobić”. Do zapłacenia było 100 PLN, zapłaciłem 100 PLN, rabat 0%.
Transakcja druga, restauracja: proszę o rachunek. Kelner przynosi rachunek, ja go płacę, zostawiam napiwek i wychodzę. Do zapłacenia było 100 PLN, zapłaciłem 100 PLN, rabat 0%.
Różnica? W pierwszej transakcji nastawiłem się na rabat (była teoretyczna możliwość jego otrzymania) i go nie dostałem. Czuję się zawiedziony. Inni dostali? Dlaczego ktoś mi mówi o możliwości udzielenia rabatu, a potem go nie udziela? O wiele lepiej wspominam transakcję, kiedy płacę tyle, ile mam zapłacić i nikt mnie nie mami rabatami…
Dawaj rabaty, a nie mów o nich. Będą bardziej skuteczne.
Tak samo należy postępować w przypadku sytuacji, kiedy zamierzasz dać rabat — lepiej to zrobić, niż o tym trąbić…
Kiedy w sieci komórkowej kupuję telefon za złotówkę, nie czuję, że jest on wart więcej. Wszystkie reklamy trąbią, że jest to telefon za złotówkę. Rabat ogłoszony wszem i w obec traktuję jako należny mi oraz wszystkim innym.
Z drugiej strony kiedy w restauracji/banku/wypożyczalni dostaję rabat przy płaceniu (taki, o którym nikt wcześniej nie mówił), czuję się wyróżniony w specjalny sposób. Jest dużo większa szansa, że opowiem znajomym o dobrej restauracji z zaskakującym rabatem, niż że pochwalę się telefonem za złotówkę (który może kupić każdy).
Rabat to potężne narzędzie, ale w niewłaściwych rękach (czytaj: niewłaściwe procedury w dziale obsługi Klienta) może narobić sporo szkód. Używaj go mądrze. I mów o tym jak najmniej :)



