Magazyn Wired prezentuje ciekawy artykuł na temat zjawiska nazwanego crowdsourcing. Skojarzenie z outsourcingiem (którzy znamy dziś) nie jest przypadkowe — Jeff Howe, autor artykułu, twierdzi, że crowdsourcing jest przyszłością outsourcingu.
Czym jest outsourcing? Jest to wydzielenie pewnej części działalności ze struktury firmy i powierzenie jej wykonywania firmie zewnętrznej. Może to być wszystko: od sprzątania biur po wdrażanie strategii marki. Korzyści? Przede wszystkim korzyści skali: firma sprzątająca 10 biurowców jest w stanie bardziej efektywnie wykorzystać swoich pracowników czy kupować środki czyszczące po dobrych cenach. Jest zatem bardziej efektywna niż własny dział sprzątaczek — a co za tym idzie jest też tańsza. Zagrożenia? Outsourcing funkcji leżącej zbyt blisko „rdzenia” działalności firmy może spowodować brak kontroli i poważne konsekwencje. Jeśli np. wydzielisz obsługę pogwarancyjną do zewnętrznej firmy, to kiedy jej pracownicy będą nieuprzejmi, traci wizerunek Twojego przedsiębiorstwa. I tak dalej…
Kolejną zaletą outsourcingu był dostęp do specjalistycznego know-how — i to po niższej cenie, niż gdybyśmy musieli zatrudnić eksperta na stałe (a nie mielibyśmy dla niego wystarczającej ilości pracy). Dlatego bardzo popularną funkcją wydzielaną na zewnątrz są wszelkiego rodzaju usługi projektowe, fotografia reklamowa itp.
Problem (przynajmniej z punktu widzenia firmy) leży w tym, że fotograf się ceni. Ma drogi sprzęt i dość rzadkie (jak się do tej pory wydawało) umiejętności, więc prawo popytu i podaży działało na jego korzyść: mógł dyktować stawki. Koszt wyszukania kogoś tańszego zwykle był większy, niż różnica w cenie usługi i firmy „trzymały się sprawdzonych ludzi”. Co się jednak stanie, gdy okaże się, że umiejętności prezentowane przez fotografa-amatora są wystarczające dla naszych potrzeb? I że całe rzesze fotografów-amatorów jesteśmy w stanie bez wysiłku znaleźć w jednym miejscu? Odpowiedź jest prosta: droższy zawodowiec straci pracę.
Internet daje spore możliwości w tworzeniu szeroko rozpowszechnionych społeczności. W społeczności fotografów jest sporo przeciętniaków (ale ich umiejętności są wystarczające dla niektórych), ale — zgodnie z krzywą Gaussa — znajdą się także jednostki mało uzdolnione oraz… wybitne. Jeśli oni wszyscy tworzą wspólne dobro (jak choćby olbrzymi bank zdjęć), jest spora szansa na to, że każdy znajdzie tam coś dla siebie.
Na tym właśnie polega crowdsourcing — wydzielenie z firmy pewnego obszaru działalności i oddanie go… w ręce tłumu. No, niekoniecznie „dzikiego” tłumu, raczej rzeszy zorganizowanych ludzi, których łączy to samo zainteresowanie, niejednokrotnie pasja. Wystarczy dać im narzędzia do komunikowania się, wymiany poglądów, a wyniki przejdą nasze najśmielsze oczekiwania.
Na takiej właśnie zasadzie działa opisywany w artykule bank zdjęć istockphoto.com — serwis zrzeszający na początku amatorskich fotografów został ostatnio wykupiony przez największy profesjonalny bank zdjęć — Getty Images. Dlaczego? Bo ludzie korzystali z niego coraz częściej: im większy jest tłum, tym lepsza jakość końcowego produktu. „Jeśli ktoś ma kanibalizować nasz biznes, niech będzie to inny nasz biznes” — tak decyzję o zakupie amatorskiego serwisu skwitował Jonathan Klein, prezes Getty.
O tym, że crowdsourcing może się sprawdzić także w dziedzinach tradycyjnie zarezerwowanych dla specjalistów przekonała się firma farmaceutyczna Eli Lilly. W 2001 roku założyli InnoCentive — przedsięwzięcie pozwalające specjalistom spoza firmy rozwiązywać problemy, z którym borykał się dział badawczy Eli Lilly. Okazuje się, że odpowiednio skonstruowany i zmotywowany „tłum” radzi sobie doskonale, a InnoCentive rośnie, świadcząc swe usługi dla coraz szerszej grupy odbiorców.
Crowdsourcing wbrew pozorom nie jest zjawiskiem tak nowym, jak chcieliby autorzy artykułu. Sam mam konto na istockphoto już ładnych parę lat. Małe firmy, które są elastyczne i szybko dostosowują się do otoczenia, łatwo przyswajają sobie nowinki — zwłaszcza, jeśli pozwalają im one na cięcie kosztów. Duże firmy mają swoje sztywne procedury, które zmieniają się bardzo powoli. Znam to z doświadczenia — pracując dla kilku międzynarodowych firm kilka lat temu proponowałem im wykorzystanie fotek z „amatorskiego” istockphoto. Odpowiedzi były zawsze niemal takie same: „Korzystamy zawsze z firmy X, tym razem też tak będzie”. Dziesięć (lub sto!) razy drożej za bardzo podobne fotki — ci ludzie z pewnością wydawali nie swoje pieniądze. Dziś konkurencja się zaostrza i również wielcy muszą się dostosować…
Sytuacja bardzo przypomina blogosferę i jej rozwój — kilka lat temu to również była domena garstki zapaleńców, a dziś nikt z czystym sumieniem nie może sobie pozwolić na ignorowanie zjawiska internetowego dziennikarstwa. Co będzie kolejnym krokiem?




Pingback: Jeff Howe, „Crowdsourcing” | Paweł Tkaczyk
Pingback: paweltkaczyk.midea.pl: Tłum jest mądry. I tani! | Paweł Tkaczyk | flaker.pl