Dostałem od Patrycji na urodziny (a właściwie kupiłem sobie na urodziny – to taka metoda na dostawanie zawsze trafionych prezentów). Skończyłem czytać przedwczoraj i musiałem sobie ułożyć w głowie, co tak naprawdę myślę o tej książce.
Ostatnio moje lektury stają się monotematyczne. Czytam książki o książkach i książki o tajemnicach. Zaczęło się od Kodu Leonarda da Vinci, potem była Reguła czterech i Klub Dantego. Jednak Cień wiatru to inna powieść. Jest w niej co prawda zagadka – zagadka książki zatytułowanej właśnie Cień wiatru, którą mały chłopiec wynajduje sobie w miejscu zwanym Cmentarzem Zapomnianych Książek. Jest sensacja – młody Daniel Sempere jest tak zafascynowany lekturą, że postanawia odnaleźć jej autora, niejakiego Juliana Caraxa. Szybko okazuje się, że za osobą autora ciągnie się mroczna tajemnica, którą Daniel postanawia odkryć. Cień wiatru, który Daniel wyniósł z Cmentarza to unikat – od wielu lat ktoś z ogromną wytrwałością i zawziętością szaleńca systematycznie wynajduje i pali każdy egzemplarz powieści Juliana Caraxa. Mimo to chłopiec postanawia zmierzyć się z zagadką.
Wędrówkę po ulicach powojennej Barcelony (akcja powieści rozgrywa się w roku 1945) rozpoczynamy oglądając ją oczami dziesięcioletniego chłopca. Razem z mozolnym odkrywaniem tajemnicy, jesteśmy świadkami przemiany tego chłopca w mężczyznę, doświadczamy z nim pierwszych miłosnych uniesień i pierwszej goryczy miłosnego zawodu. Motyw nieszczęśliwej miłości Daniela łączy się w dziwnym związku z odkrywaną kawałek po kawałku tajemnicą Juliana Caraxa. W miarę jak Daniel dojrzewa (akcja powieści ciągnie się przez dziesięć lat), odkrywa coraz to nowe kawałki układanki, które prowadzą do finału, którego nikt nie mógł się spodziewać.
Autor Cienia wiatru, hiszpański pisarz Carlos Ruiz Zafon, bawi się z czytelnikiem w dość perfidną grę. Wykorzystując prawa „wszystkowiedzącego narratora” przygotowuje nas na wydarzenia, które na pewno nadejdą (choć się na to nie zanosi), a które nie zawsze chcielibyśmy widzieć. Ta nieuchronność wzmacnia emocje, które towarzyszą lekturze. Muszę przyznać, że w finale bliski byłem przysłowiowej łezki w oku.
Jednak jest nie tylko smutno. Osoba Fermina, którego Daniel znajduje w slumsach Barcelony, a który potem staje się jego najlepszym przyjacielem i powiernikiem tajemnicy Caraxa, to katalizator wielu komicznych sytuacji. Jego sposób wyrażania się czy poglądy na świat, zestawione z sytuacjami, z jakimi przyszło mu się zmierzyć (uświadamia Daniela w kwestiach damsko-męskich na jedyny w swoim rodzaju sposób) sprawiły, że mogłem przebrnąć przez „sentymentalne” momenty (miłość w ujęciu Fermina jest naprawdę doskonałą zabawą).
Fabuła, jak już napisałem wcześniej, jest naszpikowana zwrotami akcji. I to nie tylko tymi powodowanymi przez wydarzenia, ale także przez zmianę naszego punktu widzenia (za sprawą wtrąceń wszystkowiedzącego narratora). Misterna i dobrze skonstruowana intryga ukazuje się stopniowo. Jakiś czas przed zakończeniem autor zdradza nam finał (i to nie taki, jaki chcielibyśmy ujrzeć), a nam pozostaje przeczytać do końca, czekając na przepowiedziane zdarzenia.
Książka jest spora, ma ponad 500 stron. Nie mam jednak uczucia, jakby była przegadana. Nie nudziłem się ani przez chwilę – a przez większość czasu naprawdę świetnie się bawiłem. Jeśli zatem potrafisz sobie wyobrazić skrzyżowanie Klubu Dantego ze 100 lat samotności Marqueza, spodoba Ci się także Cień wiatru ;-)




Pingback: Walth's World