Nowa zabawka ze stajni Apple gości w moim domu już niemal tydzień. Czas podzielić się wrażeniami. Nie oczekujcie jednak benchmarków, testów i tym podobnych rzeczy — do tego wystarczy kupić sobie MacWorld (ostatnio zaczął się znowu ukazywać na polskim rynku). Będą wrażenia z przesiadki i używania. Kto nie chce, niech nie czyta ;-)
Przy okazji: dodałem nową kategorię — Mac. Siłą rzeczy podczas nauki nowego systemu będę znajdował jakieś ciekawostki i nowości, więc chętnie się nimi podzielę.
Sprzętu przedstawiać nie muszę, parametry techniczne można znaleźć na tej stronie. Ekran laptopa jest rzeczywiście bardzo jasny, kąt widzenia rewelacyjny. Metalowa obudowa robi wrażenie i przede wszystkim jest funkcjonalna. Pierwsze co zrobili Piotrek i Paweł po „dossaniu się” do maszyny to przyciskanie z tyłu ekranu, żeby sprawdzić, czy wyświetlacz się odbarwia. Nic z tego :)
Na forach internetowych można przeczytać sporo o dziwnych dźwiękach wydobywających się z MacBooka. Rzeczywiście, czasem coś tam „dzwoni” — jest to cichy, wysoki dźwięk podobny do tego, jaki wydaje np. moja ładowarka od telefonu. Nie zauważyłem go wcześniej (dopóki o nim nie przeczytałem), bo jest po prostu cichy — moja stara Toshiba w porównaniu z Makiem to głośna suszarka. Nie słychać prawie wentylatora, nie słychać pracy dysku twardego (co mnie na początku drażniło, chciałem wiedzieć, kiedy maszyna jest „zajęta”), więc ciche „bzyczenie” potraktowałem jak coś naturalnego. Ale jest, potwierdzam, dźwięczy trochę.
Dużo bardziej denerwujące jest nagrzewanie się miejsc pod klawiaturą (gdzie zwykle trzymamy nadgarstki). Na pewno metalowa obudowa przewodzi ciepło lepiej, niż plastikowa Toshiba (która też się grzała, ale nie tak bardzo). Różnica polega na tym, że plastik potrafił się odkształcić, a tu niczego podobnego się nie spodziewam.
Na jakimś forum internetowym znalazłem też zdjęcie spalonej magnetycznej wtyczki zasilającej — komuś coś takiego się przydarzyło i Apple teraz sprawdza ten problem. Trochę się wystraszyłem, ale to chyba odosobniony przypadek — wczoraj zostawiłem specjalnie maszynę włączoną do prądu całe popołudnie, wtyczka nie była nawet gorąca — do topienia plastiku jej daleko. Ale zamierzam obserwować rozwój wypadków :)
Ostatnią rzeczą na liście moich zażaleń miały być problemy z polską klawiaturą — nie zamierzałem się przyzwyczajać do korzystania z lewego Alt do wpisywania polskich znaków. Po prawej stronie mam „zbędny” (z mojego punktu widzenia) drugi Enter, który może służyć do wpisywania „krzaczków”. Dla starych PowerBooków istniało rozwiązanie (o nazwie DoubleCommand), jednak nie chciało działać na intelowskich Makach. Do wczoraj :) Wczoraj pojawiła się nowa wersja, która jest już Univeral Binary i sprawuje się bez problemu.
Tyle zgrzytów, czas na zachwyty ;)
Nie ukrywam, że system operacyjny (poza designem) był jednym z głównych powodów, dla którego przesiadłem się na Maka. I to nie dlatego, że jest jakiś super-nowatorski. Wolałbym użyć słowa „dopracowany w każdym szczególe”. Przykłady możnaby mnożyć — jest ich tak wiele, że nadawałyby się na spory artykuł (podczas zamykania systemu pasek z programami zjeżdża w dół, zanikając jednocześnie, potem znika powoli zawartość desktopu, żadnych gwałtownych zmian — niby nic, prawda?). Jednak te wszystkie drobne szczególiki składają się na całościowy „experience”, który dla mnie osobiście jest bardzo ważny. Inni mogą pakować pieniądze w gigabajty pamięci czy gigaherce procesorów. Ja jestem estetą i wolę inwestować w „eye candy” — a w tej dziedzinie MacOS X długo będzie dzierżył palmę pierwszeństwa.
I to nie są tylko „ładne” dodatki, są też funkcjonalne — spece od „usability” interfejsów mogliby się tu wiele nauczyć i przenieść do innych światów. Weżmy choćby takie powiadomienia o nowej poczcie. W Windows (porównuję z tym, czego ostatnio używałem) wyjeżdża powiadomienie o nowej poczcie plus ikonka Opery (czy Outlooka) w obszarze powiadomień zmienia się w kopertkę. Muszę na nią najechać myszką, aby zobaczyć, ile przyszło nowych wiadomości (jeśli nie było mnie przy komputerze, kiedy powiadomienie akurat wyjeżdżało). W MacOS na ikonce Mail-a mam po prostu „doklejoną” mniejszą ikonkę z liczbą nowych wiadomości. Nie muszę na nic najeżdżać, nic klikać — wszystko podane na pierwszy rzut oka. To samo z ilością nowych wiadomości w iChat czy ilością newsów w NewsFire. Genialnie proste, ale trzeba na to wpaść :)
Uruchomione aplikacje nie zajmują dodatkowo miejsca na pasku na dole — są po prostu oznaczone czarnym trójkącikiem. W Windows na pasku mamy QuickLaunch plus obok ikonę samej aplikacji. Jeśli programista zezwoli na uruchomienie kilku kopii, możemy przez pomyłkę „zapchać” całą pamięć, uruchamiając już odpalony program.
Kolejna sprawa to integracja. Nie jest niczym nowym w MacOS X — zintegrowanie programu pocztowego z komunikatorem mieliśmy już w Windows (Outlook Express i MSN Messenger), mamy w Linuksie (dokładniej w KDE, KMail doskonale integruje się z Kopete). Jednak rozwiązaniu Microsoftu brakuje „otwartości standardów” (użytkownicy innych niż MSN komunikatorów po prostu nie mogą z tego korzystać). Z kolei w Linuksie — o ile integracji Kopete i KMail nie mam nic do zarzucenia — brakuje mi zintegrowanego wyszukiwania. Niby jest Beagle, ale ten z kolei mocno opiera się o Gnome i integracja ze środowiskiem KDE jest „taka sobie”… Próbowałem, zostawiłem na póżniej — być może za kilka lat będzie to wyglądało tak, jak chcę.
OK, filozofia na bok, wróćmy do MacBook-a. Ponieważ jest to maszyna na procesorach Intela, jest część aplikacji (jak choćby testowa wersja MS Office, którą dostałem razem z komputerem), które wymagają emulacji. Rosetta (program emulujący) jest niemal niedostrzegalna. Oczywiście pozostaje sprawa szybkości — aplikacje emulowane działają widocznie wolniej, od swoich natywnych odpowiedników — ale szczerze mówiąc, problem jest mało zauważalny. Przy uruchamianiu nie-uniwersalnej aplikacji Mac trochę więcej mieli dyskiem, same programy sprawują się całkiem dobrze. Testowałem MS Office, Skype, Operę (w jej przypadku rzeczywiście widać spadek wydajności) i Adobe Creative Suite 2. W tym ostatnim pracuje się zupełnie komfortowo (dużo szybciej, niż na mojej Toshibie), więc powodów do narzekania nie mam. A uniwersalne aplikacje pojawiają się niemal codziennie (wspomniany wyżej DoubleCommand jest tego najlepszym przykładem). W ciągu tygodnia pracy z MacBookiem pojawiły się też uniwersalne wersjie LinoType FontExplorer czy Camino. Z rzeczy, których używam na co dzień brakuje tylko Skype 2.0 (obecna wersja 1.4 dla Maca nie potrafi jeszcze wykorzystać wbudowanej w MacBooka kamerki, poza tym działa bez problemu).
W samym systemie bardzo boli brak polonizacji. O ile doświadczenie z jego używania jest bardzo pozytywne dla kogoś, kto nie ma problemu z angielskim, o tyle nie mógłbym go już polecić osobie, dla której język stanowi barierę. Co prawda jest polonizator do systemu i aplikacji Apple, są polskojęzyczne wersje wielu popularnych programów, jednak to nie to samo, co systemowe wsparcie ze strony producenta (choćby dlatego polonizator nie działa dobrze z uaktualnieniami do systemu). Cóż, pozostaje nam czekać, aż Apple doceni bardziej polski rynek — może już w kolejnej wersji MacOS X?
Podsumowując: zdaję sobie sprawę, że tylko prześlizgnąłem się przez rozmaite funkcje — zarówno systemu, jak i komputera. Wynika to z tego, że MacOS jest dla mnie nowością, MacBook Pro tym bardziej. Ale jeśli macie pytania, nie wahajcie się ich zadać. Postaram się odpowiedzieć, w miarę skromnych możliwości. Komputer — pomimo stwierdzonych wyżej „problemów wieku dziecięcego” — jest naprawdę wydajny. Z całą stanowczością stwierdzam — nie żałuję zakupu (a naprawdę bałem się tego) :)



