W dzisiejszej Gazecie wyborczej na pierwszej stronie mamy podsumowanie wyników nowej matury. O ile w liceach ogólnokształcących zdało ponad 90%, o tyle w liceach profilowanych około jednej trzeciej będzie musiało obejść się bez matury…
Od razu pojawiły się głosy, aby te szkoły (profilowane licea) objąć programem łatwiejszej matury, żeby więcej ludzi mogło ją zdać. Otóż stanowczo się nie zgadzam z takim stawianiem sprawy!
Jeśli to egzamin dostosowuje się do ucznia, a nie uczeń do egzaminu, mamy klasyczny przypadek, kiedy „ogon macha psem”. Jeśli wszyscy mają zdać (a jak im się nie uda, to im ułatwimy), to po co pakować się w koszty, stresy i w ogóle ten egzamin urządzać? Dajmy każdemu ładną laurkę: jesteś super, hiper, zdałeś, choć o nic nie pytaliśmy — na ulicach będzie mnóstwo uśmiechniętych twarzy.
Trzeba pamiętać tylko o jednym: czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał. I odwrotnie: czego nauczymy Jasia, tego Jan będzie się domagał. Jeśli Jaś się nie uczy, a państwo podtyka mu pod nos „łatwą maturę”, to za 10 lat Jan będzie nierobem i będzie się domagał od państwa „łatwej pracy”. Jaś nic nie robił i zdał, Jan nic nie robi i zarabia — tego ich chcemy uczyć?
Liceum profilowane — jak przeczytałem — to szkoła, do której idą ludzie, którzy nie dostali się ani do zwykłego ogólniaka, ani do technikum. Czyli za „moich” czasów tacy ludzie wylądowaliby w zawodówce, bez perspektywy na maturę „w pierwszym podejściu” (bo potem są oczywiście licea wieczorowe dla chętnych). Dalej — jak czytam — te licea nie różnią się niczym od mojego pojmowania szkoły zawodowej: uczy się tam krawiectwa, kucharstwa itp. Jedyną różnicą jest obowiązkowa na koniec matura. Po co, pytam się? Nie wszyscy muszą mieć maturę, nie wszyscy są w stanie ją zdać w wieku -nastu lat. Krawcowa na studia raczej nie pójdzie, spawacz również. A jeśli będą chcieli, są licea dla dorosłych — na pewno lepiej kształcić do matury człowieka, który na pewno tego chce, niż kogoś, kto niejako „przy okazji” musi ją zdać.
Moim zdaniem matura powinna być rzeczywistą barierą oddzielającą średnie wykształcenie od wyższego. I powinna być taka sama dla wszystkich — inaczej nie będzie miała żadnej wartości. Jak będzie się czuł ktoś, kto zdał normalną maturę na czwórkę, kiedy na jego wymarzony kierunek studiów dostanie się zamiast ktoś z piątką — ale z tej „łatwiejszej” matury, po zawodowym liceum? W jaki sposób uczelnie mają porównywać umiejętności tych ludzi?
Zatem: matura tak, ale jedna dla wszystkich. I bez pochylania się nad tymi biedactwami, które nie zdały — oni wcale nie są gorsi. Ja w życiu nie podszedłbym do spawarki, ale potrafię wyliczyć wyznacznik macierzy. Oddajmy spawaczowi co spawarskie ;) a ekonomiście co ekonomiczne :)



