Mój artykuł w „Polityce” (niestety, bez podania źródła)
Tygodnik „Polityka” nr 14 z 8 kwietnia (dopiero dziś miałem czas, żeby przejrzeć go w wannie) ma ciekawy artykuł na temat Web 2.0. W tekście Bogdana Misia pt. „Władza myszki” czytamy m.in. na str. 87:
W ?nowej Sieci? nie ma już ostrego podziału na dostawców informacji i jej konsumentów — pisze jeden z dyskutujących o tym podejściu internautów — użytkownicy sami są w stanie dodać wartość do istniejących informacji ? doskonałym przykładem zastosowania tego mechanizmu jest serwis flickr.com (modelowy egzemplarz zastosowania Web 2.0) ? tam do opublikowanych przez innych zdjęć każdy użytkownik może dodać tzw. ?tagi?, czyli słowa kluczowe, które uważa za pasujące do danego obrazu. Inni użytkownicy mogą wyszukiwać zdjęcia, a tagi mają im w tym pomagać. Im więcej użytkowników ?otaguje? dany obraz jako ?słoń w składzie porcelany?, tym większe prawdopodobieństwo, że ten słoń na tym zdjęciu jest. Żadnych zaawansowanych mechanizmów analizujących zawartość fotki, żadnego zespołu redaktorów dodających tagi ? cała władza w ręce ludu. I to działa!
Specjaliści od marketingu określają zresztą ten trend mianem user empowerment lub consumer empowerment ? czyli właśnie władza w ręce ludu.
Przypomina Wam to coś? Bo mnie — nie wiedzieć czemu — skojarzyło się z tą notką.
Szanowny Panie Bogdanie, ja wiem, że blog jest publikowany na licencji Creative Commons i nie trzeba mnie pytać o zgodę na wykorzystanie materiałów tu zawartych. Jednak licencja zobowiązuje do podania miejsca pochodzenia cytatu. Nie jestem „jednym z dyskutujących o tym podejściu internautów”, mam imię i nazwisko, mam konkretny adres URL. To nie jest forum dyskusyjne, na którym występuję pod pseudonimem, tylko mój blog. Jak czułby się Pan, gdybym przedrukował tu Pański tekst pospisując go „jeden z dziennikarzy popularnego tygodnika”?
Blogi funckjonują dziś w obiegu informacji niemal na takich samych prawach, jak „mainstreamowe” media, a ich autorzy często są ekspertami w swoich dziedzinach. Traktowanie ich jak niewiele wartego anonimowego źródła nie jest najszczęśliwszym pomysłem.
Liczę, że Pańska redakcja znajdzie jakieś rozwiązanie tej sytuacji.





Gratuluję i tak tej niespodzeiwanej publikacji. :-) Najśmieszniejsze jest to, że ten artykuł przeskoczyłem w Polityce. Nie cierpię czytać o technologiach w gazetach „popularnych” bo zwykle są to bzdurne kawałki dla zwykłych zjadaczy chleba. :-P
Jestem ciekaw jak na to odpowie redakcja..
a niby taka poważna gazeta… a tu „jeden z dyskutujących o tym podejściu internautów” nie wiem czy sie śmiać czy płakać ;/
lewin: Napisałem do redakcji, sam jestem ciekaw odpowiedzi :)
to czekamy na odpowiedź – też mnie zastanawia jak zareagują :)
z całym szacunkiem, ale:
załatwia (-łoby) sprawę; gdyby redakcja wstawiła (-by) przy twoich słowach kursywę; a najlepiej adres strony.
a autor textu zachował się OK (w mojej opinii); sąd jest niegłupi, prawdziwy — ale jakieś Wielkie Odkrycie to ów pogląd (przepraszam, ale tak sądzę)
– nie jest; tego typu zdania są w Sieci POWSZECHNE; i „niejako” wszyscy jesteśmy ich Autorami…
common sense, prawda?;-)
ale fakt, (tradycyjne) Medium Papierowe — powinno popracować lepiej nad adiustacją textu.
ale kto ma dziś Czas…
albo zasady…;-)
Akurat dziś przeczytałem ten artykuł i też miałem wrażenie, że gdzieś już czytałem podobny tekst. Teraz już wiem gdzie.
Też nie spodziewałem się, że tak poważne czasopismo może dopuścić do czegoś takiego. Ciekaw jestem odpowiedzi „Polityki”.
Heh, chciałem z miejsca napisać, że jesteś przewrażliwiony, ale oni zerżnęli słowo w słowo ;)
W sumie to straszne, że jakieś „poważny” dziennikarz posuwa się do takich działań, ale z drugiej strony nie musi podawać chyba żródła, prawda?
Autor nie musiał podać Twojego imienia i nazwiska. Choć owszem — dziennikarska etyka, przy cytowaniu tak dużego fragmentu, wymagałaby tego (albo choć adresu bloga). Niemniej, na żadne sprostowanie czy erratę nie licz.
Pozdrawiam serdecznie i wesołych świąt życzę! :)
Ojć Paweł – możesz się z nimi sądzić… ;)
Ostatnio na polskiej stronie Creative Commons czytałem, że już gdzieś był proces o licencję CC… ;)
W końcu to licencja „Uznanie Autorstwa”… :)
makowski: Nie było kursywy, cudzysłowu ani niczego innego. A tekst o „consumer empowerment” wylądował na dole (w oryginale był na górze). I konia z rzędem temu, kto zorientuje się, gdzie jest cytat :)
Yarpen: Sądzić się nie zamierzam. Tu bardziej chodzi — jak napisał makowski — o zasady. Blogerzy już dawno przestali być „piszącymi nastolatkami” i nie powinni być tak traktowani :)
Adam: Jeśli nie musiał podawać imienia i nazwiska ani adresu, to w jaki sposób określił źródło cytatu? Nie jestem dziennikarzem i chętnie bym się dowiedział…
Jak czytałem „Polityke” to ten tekst też zdawał mi się dość znajomym :-)
No cóż, oddaje to stopień profesjonalności sporej części „pracowników mediów” (bo trudno nazwać taką osobę dziennikarzem. Rzeczywiście w Holanii zapadł ostatnio wyrok w sprawie nieautoryzowanego użycia zdjęć opublikowanych na licencji Creative Commons. Link do angielskojęzycznego tłumaczenia istotnych części wyroku jest tutaj http://creativecommons.ca/blog/?p=165
Pawle, już spieszę z wyjaśnieniami.
Zgodnie z Prawem prasowym i ustawą o prawie autorskim, dziennikarz ma prawo użyć fragmentu każdej publikacji. To raz. Nigdzie w obu ustawach nie jest napisane, w jaki sposób ma odbywać się zaznaczenie źródła. Przyjęło się (nie wiem, czy na zasadzie tradycji, czy prawnego precedensu), że podaje się zawsze imię i nazwisko autora przytaczanych słów.
Niemniej jednak, w dziennikarstwie występuje „bohater anonimowy”, który – choć określa się jego funkcje i rodzaj – jest bezimienny. Najczęściej występuje on wtedy w liczbie mnogiej, choć nie jest to reguła. Np. „- To skandal. Nie zgodzimy się na 30-proc. podwyżki dopiero od października – mówią pracownicy służby zdrowia” i „- Nigdy nie widziałem tego człowieka – mówi lokator kamienicy, którą zamieszkiwał morderca”, itd.
I tak zrobił dziennikarz w tym przypadku. Jak pewnie zauważyłeś, takie „anonimowe cytowanie” dotyczy jednak raczej króciutkich wypowiedzi i jest zasadniczo uzasadnione (niechęć podawania danych osobowych, ochrona informatora, itp.). W tym wypadku jednak autor zacytował całkiem pokaźny fragment Twojego wpisu. Trudno zaakceptować więc tę anonimowość, jednak nie można jej zupełnie zanegować.
Etyka dziennikarska nakazuje być rzetelnym, a zapis „jeden z (…) internautów” raczej nie może pretendować do tego miana. Dziennikarz więc albo się bardzo spieszył, albo jest początkujący, albo popełnił zwykłe niedbalstwo.
Dobrze, że wysłałeś maila (autor napewno dostanie parę „wskazówek” od przełożonych :>), ale – tak jak wspomniałem – nie licz, że redakcja jakkolwiek Ci to wynagrodzi. Podobnie żaden sąd. Smutne, ale prawdziwe.
pzdr.
Rozbawił mnie ten wpis. Zwłaszcza buńczuczne „Liczę, że Pańska redakcja znajdzie jakieś rozwiązanie tej sytuacji.”. Bądź co bądź dziennikarz nie przypisał sobie tych słów sobie tylko zaznaczył, że jest to cytat jednego z internautów. Jednego z tysięcy internautów – dodajmy – wypowiadających się na temat Web2.0. I z całym szacunkiem dla autora blogu, nie ma się chyba co nadymać… Jak napisał wyżej makowski ani ten wpis był specjalnie odkrywczy ani rewolucyjny. Gdyby dziennikarz chciał skrupulatnie odnotować wszystkie cytaty zbierane podczas gromadzenia materiałów do artykułu (wypowiedzi internautów, przechodniów, pasażerów, mieszkańców – zależnie od tematyki) połowę tekstu musiałoby zająć staranna lista cytowanych osób. Czy dziwią nas na przykład sformułowania: „jak twierdzą mieszkańcy Ursynowa”? Albo „skarżą się pracownicy firmy”?
Dla redaktora piszącego artykuł o Web2.0 autor bloga jest „jednym z dyskutujących internautów” – na blogu, na forum, w komentarzach. I nie ma się co puszyć i obrażać, naprawdę :)
Ze świątecznymi życzeniami odrobiny więcej dystansu :-)
Adam: Dzięki za wyjaśnienia :) Upieram się jednak, że cytat był spory, a w całym tekście nie było tych cytatów za wiele (albo ich nie zauważyłem — mój był nieźle zamaskowany), więc niepodawaie źródła jest tu raczej — moim zdaniem — zaniedbaniem autora (bo o złą wolę go nie podejrzewam).
kosmar: Ja wiem czy takie buńczuczne? Autor artykułu wykorzystał mój (odkrywczy lub nie) tekst niemal w całości, więc jakiś „credit” mi się należy, prawda? ;) Zwłaszcza, że nie występuję jako „zajefajny Eryk” czy inny „Fantomas”, tylko podpisuję się imieniem i nazwiskiem ;)
A tak zupełnie z innej beczki, drzwi obok moich mieszka rodzina Tkaczyków. :)
Adam: W Wałbrzychu chyba nie mam rodziny ;)
Moim zdaniem zabrzmiało buńczucznie. Jakby Pan był o krok od skierowania sprawy do sądu :) Ale mniejsza…
Myślę, że najlepiej opisał sprawę Adam w komentarzu o „bohaterze anonimowym”. Owszem, redaktor mógł napisać „(…) – pisze Paweł Tkaczyk na swoim internetowym blogu”. Tylko proszę zwrócić uwagę na jedną rzecz: co mi, jako niezorientowanemu w temacie czytelnikowi artykułu, daje taki zapis? Co wnosi on istotnego do treści? Jako czytelnik myślę sobie – a kto to, do diabła, jest jakiś Paweł Tkaczyk? Czy jest on powszechnie znanym ekspertem od Web2.0? Czy z jego opinią powinienem się liczyć w tej sprawie? A może prowadzi on wyspecjalizowany blog właśnie w tej dziedzinie? Jeśli tak, to owszem, powinna się znaleźć wzmianka o tym, kim ów komentator jest i dlaczego akurat jego poproszono o opinię. Jeśli jest to osoba blisko związana z tematyką artykułu np. „jak mówi pani Marek Kowalski, mieszkaniec Ursynowa” lub „jak twierdzi Anna Nowak, wieloletni pracownik firmy XYZ”, ich zdanie jest dla mnie w jakiejś mierze wiążące. Wiem, że nie zostali wymienieni w tym artykule przez przypadek, tylko z racji poruszanego tematu mają w tej sprawie coś istotnego do powiedzenia.
Taka sytuacja jednak, moim zdaniem, nie ma miejsca w przypadku Pana blogu i opisywanego artykułu. O ile się zorientowałem, nie prowadzi Pan wyspecjalizowanego w dziedzinie Web2.0 bloga, jest tu po trosze wszystkiego; o Macach, Google, telefonach komórkowych, grafice, Linuksie oraz w końcu – Web2.0 :) Na ile poznałem już Pana dzięki wpisom tutaj, nie pretenduje także Pan do roli eksperta w powyższej dziedzinie. Więc chyba jednak… „bohater anonimowy”, prawda? Jak napisałem wcześniej – ot, jeden z setek czy też raczej tysięcy zapisów o tym zjawisku.
Nie wiem, skoro tak Pana rozgniewało zacytowanie własnego wpisu (z bloga publikowanego na licencji Creative Common (sic!)) bez należytego uwzględnienia „praw autorskich”, może lepszym rozwiązaniem byłoby zamienienie tesktu w stopne na „Wszystkie prawa zastrzeżone”? Wtedy nie byłoby wątpliwości :) Pytanie, czy w takim przypadku znalazłby się Pan w artykule „Polityki”? :)
Różnie z tym bywa, kiedyś zauważyłem bodajże w Przeglądzie fragment z pewnej mojej strony bez podania autora, wysłałem uprzejmego maila do dziennikarki, nawet bez prośby o sprostowanie, a dostałem i przeprosiny w mailu i w jednym z kolejnych numerów pisma.
Dorzucam: http://mediacafepl.blogspot.com/2005/12/blogi-s-chronione-prawem-autorskim.html
A od siebie dodam, że moim zdaniem co innego jest powoływanie się na czyjąś opinię, a co innego wykonanie operacji „kopiuj – wklej”.
Z tego co widzę, dziennikarz nie wypełnił wymogów stawianych mu przez Licencję CC, której używa autor niniejszego bloga, a rygorystyczna ona nie jest. Wystarczyło trochę dobrej woli ze strony Polityki.
kosmar: Bohater zbiorowy jest pytany o zdanie. W przypadku cytowania — jak napisał ekhil — metodą copy/paste (i kiedy nikt mnie nie pytał o zdanie) należy wypełnić postanowienia licencji. Zezwala ona na kopiowanie, korzystanie i przerabianie, ale z podaniem źródła. Napisanie o „jednym z (…) internautów” moim zdaniem nie spełnia tego wymogu. I tyle :)
ekhil: To ja jeszcze dorzucę ten wpis :)
Szanowny Panie/Pani (?) kosmar
Prawo, czyli w tym przypadku prawo o wlasności intelektualnej obowiązuje niezależnie od tego:
- czy przeciętny czytelnik jest zorientowany w temacie, czy też nie
- co Pan/Pani pomyślałaby sobie czytając iż jest to cytat z wypowiedzi p. Tkaczyka
- czy p. Tkaczyk jest ekspertem od Web 2.0
- czy p. Tkaczyk prowadzi wyspecjalizowany blog, czy też luźne zapiski na różne tematy
- jaka jest Pana/Pani osobisty punkt widzenia na ten temat
O ile też mogłem to wyczytać z dotychczasowych wypowiedzi p. Tkaczyk nie tyle sie rozgniewał o ile (podobnie jak zapewne kilkoro z nas) zdziwił, bo w sumie nie jesteśmy w jakimś Bantustanie tylko w centrum Europy a wspomniany tygodnik to dość liczące się pismo, więc można oczekiwać od niego cywilizowanego podejścia do praw o własności intelektiualnej.
Każdy z nas może udostępniać własne utwory na dowolnej licencji i nie musi to być „Wszelkie prawa zastrzeżone”. Nieznajomość zasad licencji Creative Commons przez kopiującego artykuł „pracownika mediów” nie zwalnia go od odpowiedzialności za naruszenie prawa (rzymska zasada „nieznajomość prawa szkodzi”)
Pozdrawiam i życzę Wesołych Swiąt :-)
ludzie :) Przestańcie proszę :) ktoś zacytował brzydko Pawła, Pawł mu wysłał przemiłego mejla, to już więcej nikt z rzeczpospolitej pewnie nie będzie tu zaglądał ;)
My Pawle mieliśmy też kiedyś przemiłą pogawędkę na temat prawa autorskiego :) I nie wiem czemu od razu za każdym razem na hasło „prawa autorskie” uderzasz w jakieś wysokie tony, jakby od tego zależało czyjeś życie :) Przecież odnośnie tego bloga, to możesz się spodziewać, że ktoś albo Ciebie podlinkuje, albo zacytuje. Ja tam uważam, że „jeden z internautów” doskonale wyraża właściciela tekstu ;)
PS: Może się obrazisz, ale podlinkowali Cię z MyApple ;) nie dzwoń do prawnika, powinieneś się raczej cieszyć :)
Paweł Komarnicki: Uderzam „w wysokie tony” bo na prawach autorskich po prostu zarabiam. I „wolna amerykanka” w tej dziedzinie mnie nie uszczęśliwia. A że trzeba ludzi na to uczulać, widać ostatnio coraz częściej — nawet w szanowanym PWN na okładce książki o scrabble znalazła się „podkradziona” ilustracja. Jeśli my nie będziemy tego pilnować, to kto będzie?
O, ciekawe :) (z tą okładką) – ale nie dajmy się Pawle zwariować :)
Ja rozumiem, jakbyś zauważył, że ktoś twoją grafikę ukradł, którą zrobiłeś w całości sam i wrzuciłeś (c) – ale CC to jednak coś innego ;)
ja rozumiem, że trochę Cię podgotowało, bo to nie ty zarobiłeś na artykule, ale przecież po coś piszesz tego bloga ;)
Jakbyś pisał o sobie Pawle (tzn. o sprawach dnia codziennego, a nie marketingu itp.), to nie miałbyś tego problemu :)
Paweł Komarnicki: Wydaje mi się, że tak bardzo chcesz udowodnić, że nie mam racji, że aż bzdety piszesz. Zastanów się następnym razem, zanim stukniesz w klawiaturę. W jaki niby sposób miałem „zarobić na artykule”? „Polityka” miała mi zapłacić za cytat? Nie bądź śmieszny ;) I dlaczego „CC to jednak coś innego” — nie trzeba się trzymać postanowień licencji? Mówi ona wyraźnie: uznanie autorstwa. Kropka. Plus pozwolisz, że sam będę decydował, o czym jest ten blog (i walczył z problemami z tym związanymi) ;-)
Olać regulacje prawne, bo tu każdy może sobie interpretować dowolnie i tak nic z tego nie wynika.
Pytanie czy podstawowa ludzka przyzwoitość nie nakazuje wyraźnie zaznaczyć źródła tekstu cytowanego?
Ale jak już wspomniano: kto ma na to (na zasady) czas?
Paweł – przecież nie próbuję nic udowodnić :P Chyba nie zaprzeczysz, że każde „napisał Paweł Tkaczyk” to odwiedziny na tym blogu i dodatkowa reklama ;)
I ja Ci nie narzucam o czym masz pisać Twojego bloga (ciągle tylko „Moje, moja, moich”), tylko zaznaczyłem, że problem niezamierzonego bycia cytowanym nie występuje w przypadku blogów prywatnych ;) Widać nie czytasz ze zrozumieniem :) Albo nie chcesz :>
Co dalej nie zmienia faktu, że (jak napisać Fanatyk i ja wcześniej) brzydko ktoś uczynił nie pisząc że to twoje dzieło :) Kropka :)
A nie prościej, miast mailować do Polityki, zapytać autora artykułu? Wklikać się na http://bogdan.wordpress.com/ lub którąś z innych witryn p. Misia, skorzystać z którejś z metod kontaktu?
PS. Dla zainteresowanych: cały artykuł jest tu: http://bogdan.wordpress.com/moje-publikacje/nowe-oblicze-sieci/
r: Dzięki, nawet nie przyszło mi do głowy poszukać… Nie przypuszczałem, że bloger mógłby coś takiego zrobić :)
Przykro mi z powodu tego incydentu. W oryginale mojego tekstu cały cytat był oznaczony i wyróżniony (chciałem, by całość była kursywą); sam nie lubię, kiedy Czytelnik nie wie, co jest cytatem, co zaś tekstem autora i zgadzam się, że to nie jest w porządku. Wyjaśniam, że usunięcie tego oznaczenia było wynikiem adiustacji wewnątrzredakcyjnej. Proszę pamiętać, że redakcje robią dziś z tekstami autorów zewnętrznych w zasadzie co chcą. Podawanie nazwiska osoby cytowanej stosuje się w redakcjach tylko wówczas, gdy osoba ta jest już powszechnie znana i jej zacytowanie jest dla redakcji zaszczytne lub gdy osoba ta w publikowanym tekście jednoznacznie to zastrzegła; przyjmuje się w wypadkach analogicznych do niniejszego, że stwierdzenie, iż źródłem jest ogólnie „Internet”, nawet bez podania nazwy portalu czy blogu (jeśli to nie jest zastzreżone) jest wystarczające. Jest to praktyka powszechna; osobiście mam wątpliwości, czy do końca słuszna – ale koledzy twierdzą, że gdyby było inaczej, to cała prasa składałaby się wyłącznie z oznaczeń cytatów. Między innymi dlatego gazety w zasadzie nigdy nie występują w podobnych sprawach z roszczeniami wobec siebie nawzajem. Niemniej – raz jeszcze: wyrazy ubolewania. Tym bardziej, że nic nie przeszkadzało przecież zapisać cytowaną myśl zupełnie innymi słowami – i wówczas byłoby OK.
No to nalezaloby pozwac „Polityke”, chocby w celach dydaktycznych. Panowie, jestesmy w Europie!!!
a potem pozwać wszystkich dookoła ;) Przecież Pan Miś przeprosił i wskazał na nieporozumienie.
Alex Barszczewski: Nikt nikogo nie będzie pozywał (a przynajmniej ja nie zamierzam). Miło by było, gdyby redakcja przeprosiła (skoro — jak twierdzi p. Miś — to ich wina), ale to tylko moje życzenie, a nie żądanie :)
Nie chodzi o pieniactwo :-)
Nie wiem jak Wam, mnie przeszkadza takie lekceważenie praw jednostki tylko dlatego, że ta osoba „nie jest publicznie znana”. To są resztki systemu feudalnego ciągle jeszcze w naszym kraju pokutujące, z którymi ja osobiście nie jestem gotów się godzić.
Ciekawe co odpisze redakcja Polityki, panie Pawle prosze o relacje.
Adam: A jednak nie masz racji pisząc „(…) dziennikarz ma prawo użyć fragmentu każdej publikacji (…) Przyjęło się (nie wiem, czy na zasadzie tradycji, czy prawnego precedensu), że podaje się zawsze imię i nazwisko autora przytaczanych słów”. Otóż zgodnie z art. 25 pr.aut. prawo cytatu podlega jednak pewnym ograniczeniom, zwłaszcza, że taki post w blogu nie mieści się w art. 25 ust. 1 pkt 1 lit. b pr. aut.
Co do podawania autorstwa: art. 16 pkt 2 pr.aut. nie ulega wyłączeniu przez przepisy o dozwolonym użytku, zatem nawet gdyby Pawłowy blog mieścił się w pojęciu „aktualny artykuł na tematy polityczne, gospodarcze lub religijne” to jednak źródło przedruku trzeba było podać.
Muszę dodatkowo coś wyjaśnić, żeby nie było, że zwalam swoją winę w jakiejkolwiek mierze na „Politykę”. Otóż prawdą jest, że oznaczenie cytatu usunięto w redakcji; jednakże ja o tym wiedziałem przed drukiem, ponieważ akceptowałem adiustowany tekst. Rzecz w tym, że było w nim kilka zmian dziennikarsko ważniejszych (np. zmiana tytułu czy przeredagowanie leadu) i usunięcie cudzysłowów po prostu przegapiłem. Ale to ostatnie sformułowanie też wcale nie ma w intencji usprawiedliwiania się: gdybym nie przegapił – też bym nie interweniował. Uważam, że każda redakcja ma swoje zasady i jeśli dokonuje adiustacji tekstu autora zewnętrznego – to z jakąś myślą; jeśli nie wypacza przy tym moich poglądów, to wszystko jest w porządku. Zawsze godzę się na takie zmiany i nie wściekam się (jak robi wielu autorów – z tym, że zazwyczaj są to autorzy jednego artykułu w życiu) o to, że mi np. zmieniono „lub” na „albo”.
Tak więc powtarzam raz jeszcze: cała wina jest po mojej stronie. Powinienm był po prostu zastąpić tekst pana Pawła omówieniem (czyli napisać to samo innymi słowami) – albo, cytując dosłownie, podać pełne źródło.
Chcę też powiedzieć, że opisując w poprzednim poście ususy redakcyjne gdy chodzi o podawanie nazwisk autorów wypowiedzi – opisałem nie tyle akurat „Politykę”, ile pewne ogólne zwyczaje dziennikarskie; drugą stroną jest inny zwyczaj: pisanie przy każdej okazji czegoś w rodzaju „mówi nam Brygida Kupść z Górki Dolnej, 47, matka trojga dzieci”.
Raz jeszcze biję się w piersi i informuję, że zwróciłem się do redakcji „Polityki” z prośbą o zamieszczenie następującego tekstu:
Wyjaśniam uprzejmie, że przywołanym w moim artykule „jednym z dyskutujących o sprawie internautów” jest pan Paweł Tkaczyk, zaś przytoczony w tekście akapit pochodzi z jego blogu w Sieci http://paweltkaczyk.midea.pl/.
Mam nadzieję, że to wyczerpuje ten przykry incydent i będzie stanowiło dla p. Tkaczyka dostateczną satysfakcję.
BTW zarówno „Polityka” – ale i nie tylko oni – potrafią bardzo ładnie pociąć niezamówiony tekst. Mają wyśmienitych i kreatywnych redaktorów.
Bogdan Miś napisał:
Gdyby to była moja część to ja bym się nie wykłucał i bym był zadowolony, o ile ten tekst byłby umieszczony w dobrze widocznym miejscu, bo jak nie dalej miałbym żal do redakcji.
Polecam artykuł we „Wproście”, który znalazłem na wykop.pl. Łudząco przypominą komentowaną powyżej sprawę – mnóstwo cytatów z blogów bez podania jakiegokolwiek namiaru na autorów. Tylko puste słowa: „jeden z internautów” itp.
http://www.wprost.pl/ar/?O=89274&C=57
A co zmieniłaby informacja, że to pani Iksińska wykupiła tę wycieczkę, a studentowi narzekającemu na swoją uczelnię jest Miauczyński? Czy całe zjawisko nagle zaczęłoby wyglądać inaczej, gdyby podwoić objętość opisu mnóstwem niepotrzebnej wiedzy o Kowalskim, Nowaku czy m0dl!shce_13.5? Rozumiem, że marzeniem każdego grafomana jest trafić na pierwsze strony, ale bez przesady.
Zresztą może to i lepiej, że w pokazie zjawiska ,,w Internecie jest mnóstwo wszystkiego” autor nie używa konkretnych nazwisk, pseudonimów czy adresów. Lepiej dla tych nazwisk…
To, czy „lepiej dla tych nazwisk”, czy nie, to już inna kwestia. Fakt faktem, że obie sprawy odnoszą się w zasadzie do tego samego zjawiska – nieujawniania autora cytatu. A jeśli cytowanie w „Polityce” tego bloga bez ujawniania autora osoby udzielające się powyżej uznały za nieetyczne, to artykuł z „Wprostu” nie jest chyba inny. Cytaty w obu artykułach różnią się co prawda długością, ale to dla mnie nie jest żadnym argumentem.
Czy jak napiszę dupa na swoim blogu, którego nie mam, to każdy, kto zacytuje gdzieś to słowo w byle gazetce, może być nawet ścienna, ma wspominać też o mojej osobie? Proszę, przestań. Rozumiem, że jakaś konkretna i sensowna myśl powinna być opatrzona jakimś przypisem (aczkolwiek ten przypis zazwyczaj _nic_ nie wnosi do istoty sprawy — przeciętny czytelnik nie stanie się uboższy, jeśli nie pozna imienia i nazwiska autora, o którym zapomni za góra pięć minut), ale każde pieprzenie trzy po trzy? Tylko dlatego, że każdemu grafomanowi będzie ciekła ślina na samą myśl zaistnienia? Rozsądku trochę, nie dla psa kiełbasa.
Równie dobrze możesz powiedzieć, że potencjalny użytkownik strony nie stanie się uboższy, jeśli nie pozna prawdziwego autora strony, na której plagiacie właśnie się znalazł. Nie chodzi mi tu o kwestię informacyjną, bo zgodzę się z Tobą, r, że wzmianki o autorach cytatów w co drugiej linijce Wprostowego artykułu byłyby niezręczne. Problem w tym, że nie można określić jasnej granicy określającej cytat, przy którym należy wspomnieć o autorze danej wypowiedzi.
Wspomnienie o Nowaku czy Iksińskim może być o tyle istotne, że Czytelnik mógłby chcieć zajrzeć do bloga rzeczonego Nowaka czy Iksińskiego i po przeczytaniu notki wyrobić sobie własny punkt widzenia. Cytowanie na zasadzie „jeden z Internautów” taką możliwość Czytelnikowi odbiera…