Niedawno w sekcji „do pobrania” na moim Xbox 360 pojawiło się demo gry, na którą czekam już od dłuższego czasu. O The Force Unleashed pisałem już (a właściwie pokazywałem film dokumentalny z jej tworzenia) jakiś czas temu. Dziś przyszedł czas na opisanie wrażenia z grania.
Dla tych, którzy nie wiedzą, czym jest Star Wars: The Force Unleashed — to gra RPG, której akcja rozgrywa się między pierwszą a drugą trylogią filmową. Jej bohaterem jest tajemniczy… uczeń Dartha Vadera. Myśl przewodnią gry (jak pisałem w poprzednim wpisie) można streścić jednym zdaniem: „Kick someone’s ass with the Force”. Demo spełnia tę obietnicę z nawiązką.
Szpiedzy Imperium donieśli mojemu Mistrzowi o odnalezieniu jednego z niewielu ocalałych rycerzy Jedi. Ten wariat nie tylko nie ukrywa się przed nami, ale na czele małego oddziału szturmowego napada imperialne krążowniki, wyrzynając załogę i przejmując nad nimi kontrolę. Na szczęście wiem, który statek jest jego kolejnym celem. Szybka jednostka odstawia mnie w jego pobliże, do środka dostaję się przez śluzę powietrzną.
Mój trening niemal dobiegł już końca, to pierwsza prawdziwa misja, na jaką się udaję. Czuję Moc, która przeze mnie przepływa. Swoje nowe umiejętności testuję na spacerujących w pobliżu robotach. Pierwszy pada od piorunów, na drugiego zrzucam jakiś złom, który był przyczepiony do ściany. Chaos, który powoduję, sprawia mi radość.
Drzwi. Nie mają zamka. Zbyt grube na pocięcie ich mieczem. Koncentruję się i pchnięciem Mocy wyrywam w nich dziurę. Za mała. Za mało mocy. Muszę nauczyć się bardziej koncentrować. Drugie pchnięcie. Przez tę dziurę będę w stanie już się przecisnąć, ale to na pewno nie jest wejście, które zrobi wrażenie.
Za drzwiami jest kilku rebelianckich żołnierzy. Rzucam jednego z nich na ścianę. Zanim zdąży się podnieść, jestem już przy nim, mój miecz świetlny kończy dzieło. Drugi jakimś cudem dotarł do zamocowanego na podłodze karabinu. Koncentruję się i wyrywam ze ściany jakiś metalowy zbiornik. Osłaniam się nim od strzałów, a następnie rzucam nim w karabin i rebelianta. Nie było już potrzeby podchodzić, wybuch zrobił swoje.
Czuję więcej mocy. Uczę się. Dobrze. Bo przede mną kolejne drzwi, tym razem zamierzam zrobić odpowiednie wrażenie moim wejściem. Koncentruję się i używam pchnięcia. Drzwi wylatują z zawiasami, zgarniając po drodze kilku żołnierzy, którzy ich pilnowali. Jestem w olbrzymim hangarze, z którego startują imperialne Tie Fightery. W tej chwili wiszą podwieszone pod wysokim sufitem, bo nie ma ich kto obsługiwać. Żołnierze Imperium toczą małą potyczkę na blastery z oddziałem rebeliantów. Z chwilą, kiedy drzwi na wysoki podest wybuchają, strzały milkną na chwilę, a wszystkie głowy odwracają się w moją stronę z niemym pytaniem, co się stało. Cóż, ja się stałem. Żadna ze stron nie wie jeszcze, po czyjej jestem stronie. Ich zaskoczenie rośnie w momencie, kiedy sprawiedliwie sieję chaos zarówno w jednych, jak i w drugich oddziałach. Rozkazy mojego Mistrza były jasne: Imperator nie może się dowiedzieć o moim istnieniu, więc nie zostawiam świadków. Mam zabić wszystkich, niezależnie od tego, czy to żołnierze Imperium, czy rebelianci. A rozkazy Mistrza trzeba wypełniać co do joty.
Chwytam mocą podwieszony pod sufitem Tie Fighter. Rzucam mieczem świetlnym w jego mocowanie, spada na dół i wybucha. To wyrównało trochę szanse, choć nowi żołnierze wjeżdżają do hangaru z podziemnych platform. Kilkudziesięciu zwykłych wojaków nie jest w stanie sprostać wściekłemu Mrocznemu Jedi. Mój sposób walki można opisać tylko w jeden sposób: sieję chaos. Rzucam przedmiotami i ludźmi. Miotam pioruny i powoduję wybuchy. Miecz świetlny to tylko jeden z niewielu sposobów na pozbycie się kilku żołnierzy. Bardzo często oni po prostu nie wiedzą, co ich uderzyło. Kiedy po minucie pozwalam sobie na chwilę odpoczynku, hangar jest pusty…
To moja krótka impresja na temat wrażeń z grania. „Sianie chaosu” to rzeczywiście najbardziej odpowiedni termin na to, co mogę robić. Możliwości taktyczne walki są niemal nieograniczone. Mogę po prostu machać mieczem świetlnym, ale na wyższych poziomach trudności ta taktyka się nie sprawdza. Mogę złapać dowolny przedmiot za pomocą force grip, a następnie przesunąć go i rzucić. Doskonale sprawdza się np. rozbijanie oddziałów jak kręgli za pomocą jakiegoś wielkiego metalowego przedmiotu. Ale jest lepiej. W momencie, kiedy mam przedmiot (czy też człowieka, jeśli o to chodzi), mogę rzucić w niego mieczem świetlnym, który nie tylko rozetnie go na pół (powodując wybuch, jeśli trzymam wybuchowy pojemnik), ale także skosi wszystko na swojej drodze… i w drodze powrotnej. Jeden taki manewr wystarczy często do usunięcia całkiem sporego oddziału…
Z kolei force push powoduje pchnięcie wszystkiego, co jest na mojej drodze w odpowiednim kierunku. Na początku jest to tylko małe pchnięcie, ale w momencie, kiedy nauczymy się „ładować” pchnięcie, można za jego pomocą dokonywać naprawdę potężnych zniszczeń. Do tego oczywiście tradycyjne pioruny — takie moce dostajemy na początku. Jednak ich potęgą są właśnie kombinacje: wspomniany już grip z mieczem świetlnym, czy z piorunami…
Czego mi brakowało w demo? Historii.
To znaczy wiem, że w pełnej grze będzie historia, ale w wersji demo nie dostajemy nawet przedsmaku. Jednominutowy film wprowadzający sugeruje jedynie (uwaga: spoiler demo!), że Vader zabił ojca swojego ucznia (ojciec był jakimś rycerzem Jedi), a syna zabrał do siebie, aby go szkolić. I że syn to w jakiś sposób pamięta… Aż tyle i tylko tyle.
Brakowało mi też całej otoczki RPG — awansowania postaci, rozwijania umiejętności itp. Jeden etap gry to typowy hack’n'slash, spodziewam się więcej.
Jeśli miałbym podsumować: grywalność jest lepsza nawet od Mass Effect (do którego praktycznie nie mam zastrzeżeń), a na resztę trzeba będzie poczekać, aż zobaczymy całość. Europejska premiera 19 września…








