Zmiany w ordynacji wyborczej tylko po to, aby jakaś partyjka z marginalnym poparciem społecznym (poniżej progu wyborczego) nie straciła swoich działaczy w terenie uważam za bardzo szkodliwe. I usprawiedliwianie tego „większym wachlarzem dla wyborców” uważam za dziecinne — no powiedzcie, kto da się na to nabrać? Nie jestem w swoich odczuciach osamotniony. Paweł Wimmer na swoim blogu rzucił hasło, RAFi dorobił graficzną reprezentację (nota bene rewelacyjną) i… akcję obywatelską czas zacząć :)
Swoją drogą, ciekawe kiedy RAFi dostanie od działu prawnego PiS jakieś PiS-mo typu cease & desist — logo jest rewelacyjne i może narobić sporo szkody :D
Wracając do samej ordynacji wyborczej — warto chyba wyjaśnić, na czym mają polegać zmiany. Otóż partie będą mogły wystawiać wspólne listy wyborcze, a następnie głosy oddane na wspólną listę dzielić między siebie bez „ingerencji ze strony wyborców”. Oznacza to ni mniej ni więcej, że głosując na wspólną listę PiS-Samoobrona-LPR nie mamy zielonego pojęcia, kto i z jakiej partii zostanie potem wybrany.
Dla PiS zmiana w ordynacji oznacza korzyści, o których nie wspomniała nawet swoim koalicjantom. Bo oto już po wyborach przeliczanie głosów oddanych na daną listę na mandaty odbywa się metodą d’Hondta, premiującą duże ugrupowania. Zatem małe ugrupowanie przystępujące do listy może na tym… stracić.
Bez protestów za nową ordynacją optuje LPR — po przystąpieniu do „kumulacji” przestaje ją obowiązywać próg wyborczy (miał on w zamierzeniu odciąć od władzy partie ze znikomym poparciem społecznym). A ponieważ LPR we wszystkich sondażach wypada poniżej progu, wspólna lista jest dla Ligi „być albo nie być” (a jedynym postulatem partii jest usunięcie progu wyborczego także wewnątrz listy).
Okoniem staje Samoobrona — bo i ma czym grać. Partia Andrzeja L. przekroczy próg wyborczy, więc nie ma noża na gardle, a i nie uśmiecha się jej oddawanie głosów PiS-owi przy przeliczaniu ich na mandaty. Zatem stawia warunki, a premier będzie musiał znowu uciec się do kupienia poparcia. Może zatem i w wyborach kilka mandatów przepadnie na rzecz PiS, ale „w terenie” (czytaj „na stołkach”) Samoobrona raczej nie straci.
Jeśli chodzi o mnie, jestem jak najbardziej za jednomandatowymi okręgami wyborczymi. Głosując na konkretną osobę (a nie na listę, lub tajemniczą „grupę list”) wyborca będzie miał prawo rozliczyć ją z dotychczasowej działalności, udzielić kredytu zaufania (bądź taki kredyt odebrać). Nie ma tam miejsca na „podrzucanie” kandydatów (którzy np. z danym miastem nie mają nic wspólnego) czy wpychanie działaczy na stanowiska. Nie zasłużyłeś, nie dostajesz głosów. Proste. Niestety, zbyt trudne do zrealizowania dla naszych rządzących. Mogłoby się — nie daj Boże — okazać, że nie ufamy temu czy owemu „przywódcy narodu” ;)



