O tym, że 21. film z agentem 007 będzie różny od pozostałych wiedzieliśmy już od dawna. Pytania, które należałoby zadać to: jak bardzo będzie różny? I czy ta różnica spodoba się fanom Jamesa Bonda? Po wczorajszym pokazie przedpremierowym (o godz. 0:07) mogę powiedzieć: mnie się podobało.
Kolejne filmy z Piercem Brosnanem zaczynały przypominać już ewolucję Bondów za czasów Rogera Moore’a — coraz więcej gadżetów, coraz więcej wybuchów, więcej nieprawdopodobnych scen… Cykl Moore’a stworzył konwencję Bonda z przymrużeniem oka, rozwijał się aż do „Moonrakera”, którego akcja działa się w przestrzeni kosmicznej (co w 1979 roku było naprawdę szczytem szczytów) — trzeba było coś zrobić, aby agent 007 nie stał się parodią samego siebie. Powstały „For Your Eyes Only” (z powrotem na ziemi, już bez tak wielu fajerwerków), a potem „Octopussy” (znowu niebezpiecznie blisko pastiszu). Ileż można? Rolę Bonda przejął Timothy Dalton, a jego filmy były bardziej realistyczne, dużo bliżej Seana Connery niż Rogera Moore’a.
Niestety, historia lubi się powtarzać i na scenę wkroczył Pierce Brosnan, a wraz z nim kolejne „efekciarskie” Bondy. Jest w tym pewna rozrywka, ale znowu… ileż można? Niewidzialny samochód i spalanie ziemi promieniami słonecznymi przez satelitę… Ja miałem trochę dość.
„Casino Royale” to odpowiedź na moje (i nie tylko moje pewnie) żale. Pierwsza powieść Iana Fleminga pozwalała na przeprowadzenie „zupełnie nowego rozdania” w bondowskiej serii. Gdyby ten film tytułować w konwencji innych hollywoodzkich sequeli, nazywałby się pewnie „Bond: Początek” (jak podobne produkcje z Batmanem, teksańską piłą mechaniczną czy innym „Ringiem”).
Ekranizacja „Casino Royale” autorstwa Martina Campbella nie jest pierwszą — wcześniej nakręcono ją w 1954 roku jako program telewizyjny, a potem w 1967 roku jako film. Jednak ponieważ nie były to produkcje firmowane nazwiskiem Broccoli, uznaje się je za „nieoficjalne” ekranizacje.
Wróćmy jednak do filmu. Pierwszą rzeczą, jaka uderza widza jest absolutne zerwanie z poprzednimi Bondami. Akcja dzieje się współcześnie, ale Bond dopiero zaczyna swoją karierę — na początku filmu w mrocznej, czarno-białej sekwencji dowiadujemy się, że nie ma jeszcze statusu „00″, jest zwykłym agentem MI6. Nic zatem, co działo się w poprzednich dwudziestu filmach nie wpłynie na to, co zobaczymy w „Casino Royale”.
Bond grany przez Daniela Craiga ma w sobie niewiele czaru Pierce’a Brosnana. Wiele osób obawiało się, że Craig nie pasuje do roli Bonda. Mieli rację — Craig nie pasuje do roli Bonda, jakiego znaliśmy z kilku poprzednich filmów, nie mógłby zagrać bawidamka w smokingu, który z nienaruszoną fryzurą ratuje świat przed super przestępcami. Jednak ten Bond jest inny i śmiem twierdzić, że Pierce Brosnan by tu po prostu nie pasował. Agent 007 w wykonaniu Craiga jest nieociosany, surowy. Daleko mu do dobrych manier i powściągliwości, do której się przyzwyczailiśmy. Czasem bez zastanowienia „wali w ryj”, by potem zatrzymać się i pomyśleć, dlaczego. To nieokrzesanie bardzo tu pasuje — widzimy człowieka z krwi i kości, a nie maszynkę do ratowania świata w imię jej królewskiej mości.
Fabuła. Bond krzyżuje plany „bankierowi terrorystów” i pan Le Chiffre traci 100 milionów (które nie należały do niego). Oczywiście terroryści nie dają sobie w kaszę dmuchać (o czym pan Le Chiffre doskonale wie) i będą chcieli pieniądze z powrotem. Pan zatem organizuje w tytułowym Casino Royale grę w pokera (bo jest w tym dobry) o wysokie stawki, mając nadzieję się odkuć na bogatych frajerach. Bond zastępuje jednego frajera i rozpoczyna się gra.
Rolę dziewczyny Bonda gra Eva Green. Jest urzędniczką wysłaną z Ministerstwa Skarbu do pilnowania milionów, którymi 007 obraca w kasynie. Nie ma nic wspólnego z typową bondowską dziewczyną, do jakiej się przyzwyczailiśmy — nie jest głupia, nie potrafi walczyć, nie lubi Bonda (przynajmniej na początku). Ale to właśnie przed nią James otwiera się bardziej, niż przed kimkolwiek innym, chce dla niej rzucić służbę… Wątek romantyczny jest bardzo mocno rozwinięty (miejscami ocieramy się o „zbyt mocno”), ale jest ważny dla fabuły, więc nie ma co narzekać :)
Kolejnymi zaprzeczeniami w stosunku do mitologii całej serii są: brak gadżetów (Aston Martin bez wmontowanych rakiet ziemia-ziemia się nie liczy), czarny Felix Leiter (którego spotkaliśmy już w innych częściach sagi), brak zakończenia w ramionach kolejnej dziewczyny i brak „łubu du” w scenie przed-finałowej… Pozostał cytat „My name is Bond. James Bond.”, ale w miejscu, którego byśmy się nie spodziewali.
Film jest inny. W pozytywnym znaczeniu tego słowa.
Mój komentarz po wyjściu? Szkoda, że film taki jak „Casino Royale” można zrobić tylko raz… Bo nie wyobrażam sobie, aby kolejna fabuła pokazywała znowu taką przemianę Bonda. Agent 007 będzie mroczniejszy, mniej sypiący dowcipami, bliżej życia niż poprzednio, ale to dobrze. „Casino Royale” to zmiana na lepsze.



