Pat z rodziną pojechała dziś w góry. Miałem trochę zaległości z tygodnia w pracy (i pierwszych trzech dni tygodnia bez Pat w pracy), więc zostałem. A po południu poszedłem na „Hellboya”. Patrycji pewnie by się nie podobało ;-)
Film jest adaptacją komiksu Mike’a Mignoli i muszę przyznać, że twórcom udało się utrzymać klimat pierwowzoru. „Hellboy” w wydaniu papierowym to przede wszystkim mroczne, okultystyczne scenariusze (specjalność Mignoli) i prosta, operująca plamą cienia kreska. Do tego charakterystyczny humor Hellboya — to wszystko znalazło się w filmie.
Jeśli miałbym na coś narzekać (a co, ponarzekam sobie), to na… ilość potworów :) Za dużo ich jak dla mnie. Wiem, że film na podstawie komiksu to powinna być akcja i tylko akcja (no, może nie na podstawie tego akurat komiksu), ale nigdy nie przepadałem za bezmózgimi, oślizgłymi stworami, które należy tylko zabić. Przeciwnik powinien być wyzwaniem :)
Za to bardzo podobał mi się początek filmu — sposób, w jaki pokazano przyjście Hellboya na nasz świat. Odtworzono go dokładnie jakby z komiksu. Dla „postronnego obserwatora” może to mało ważne, ale mnie się bardzo podobało. Końcowa walka zaś (z oślizgłym stworem z niezliczoną ilością macek) była już zupełnie niepotrzebna… Rasputin mógł umrzeć tak po prostu — i tak wiemy, że wróci ;-)
Podsumowując: jeśli chodzi o adaptacje komiksów na dużym ekranie, na pewno nie jest to klasa „Batman Powraca” Tima Burtona. Ale pewnie jest wyżej w klasyfikacji niż miałki „Daredevil” :) Umieszczam ją zatem oficjalnie gdzieś pod „Hulkiem” Anga Lee ;-)



