The Blog

Samotność w sieci

Byliśmy wczoraj z Patrycją na uroczystej premierze w Heliosie. Premiera z udziałem głównych aktorów (Chyra, Cielecka), reżysera i autora książki. Nic im to nie pomoże, zamierzam się popastwić nad tym filmem ;)

Książki nie czytałem. Jednak mam kilkoro znajomych, którzy sobie lekturę chwalili. Bilety na premierę dostałem więc, co miałem do stracenia? Niestety — film jest… nędzny. Przykro mi, nie znajduję innego określenia. Ale zacznijmy od początku.

Fabuła w skrócie: ona (Cielecka) ma na imię Ewa. Ma męża, od którego „czuje, że się oddala”. Zamiast z wyżej wymienionym mężem porozmawiać, pisze do obcego gościa, który obserwuje tę samą aukcję na Allegro (nad product placement będę się pastwił niżej). Ma sens? Nie, ale to dopiero początek. On (Chyra) jest specem od genetyki w Monachium, samotny po tragicznie zakończonej miłości. Na początek ją zbywa, ale baba jest namolna. Nawiązują romans na odległość, piszą sobie o całowaniu nadgarstków. Następnie spotykają się w Paryżu, spędzają ze sobą jedną noc, ona wraca. Zaraz po powrocie mają z mężem wypadek (Bozia ją pokarała za zdradę?), a ona dowiaduje się, że jest w ciąży. Zrywa kontakty z onym. On przeżywa. Przyjeżdża do Warszawy. Ona wychodzi ze szpitala i go nie dostrzega (udaje, zołza). On załamany. On oddaje się karierze. Ona przychodzi na jego wykład. On się cieszy. Koniec.

WTF? Gdzie tu jakiś logiczny początek? Gdzie koniec? Za kulminację uznaję wspólną noc w Paryżu, ale gdzie reszta? Nie wiem, o czym była książka, ale jeśli o tym, to — wybaczcie — mnie nie zachwyca. Film podobno wzrusza. Mnie nie wzrusza. A ponieważ był kręcony bardzo nieudolnie (o tym za chwilę), film po prostu drażni. Wyszedłem z poczuciem zmarnowanego czasu.

Scenariusz ma potworne dziury. Kiedy ona wyjeżdża do Paryża, to w hotelu (całkiem niezłym zresztą) nie ma stanowiska z internetem. Żeby napisać maila, trzeba go… podyktować recepcjoniście. Odebrane maile recepcjonista drukuje, wkłada do koperty i wsuwa pod drzwiami (ciekawe, czy goście chętnie podają mu loginy i hasła do swoich kont?). Śmieszne? To dopiero początek. Scena w paryskim muzeum, godzina druga po południu (częścią kadru jest olbrzymi zegar na ścianie). W muzeum nie ma żywej duszy… Alarm przeciwpożarowy? Scena na lotnisku. Lot nr 800 z Nowego Orleanu do Paryża rozbił się nad oceanem, nie przeżył nikt. Ona wchodzi na lotnisko, aby przywitać jego (miał lecieć tym samolotem). Na lotnisku również nie ma żywej duszy, nie ma też śladów paniki, karetek… Obsługa lotniska mówi jej ściszonym głosem o tragedii, ona rozgląda się, jedna pani mdleje w ramiona sanitariuszy… Gdzie rodziny 300 ofiar, które były na pokładzie? Tego typu potknięcia zdarzają się co 15 minut…

Film ma dłużyzny. Czułem się tak, jakbym oglądał trzecią część przygód Kargula i Pawlaka, w której twórcy chwalili się „kręciliśmy w USA” (co wtedy rzeczywiście mogło być jakimś osiągnięciem). Sceny kręcone w Nowym Orleanie (Murzyn z furgonetki, który zaczął śpiewać tylko dlatego, że zobaczył kamerę, rozmowa ze sprzątaczką…) nie miały żadnego umocowania w scenariuszu. Piętnaście minut chwalenia się „kręciliśmy w Nowym Orleanie”. To samo w Paryżu (choć już dużo krócej). Lepiej było popracować nad scenariuszem, a nie zapychać dziury krajobrazami…

Product placement. Sponsorami filmu były: Allegro, Saab, mBank i Wirtualna Polska. W pierwszej scenie miałem ochotę pochwalić nowatorski product placement — reklama mBanku dyskretnie wmontowana w szybko migające światła Warszawy. On i ona licytują na Allegro ten sam obraz… Niestety, potem było znacznie gorzej. Panorama Warszawy z wieżowcami i jedynym na nich napisem: mBank (jest taki wieżowiec w ogóle?). Ona melduje się w paryskim hotelu i mówi: „oto potwierdzenie przelewu z mBanku”. Kogo w Paryżu (czy gdziekolwiek indziej) obchodzi, jaki bank zrobił przelew? Reklamy Allegro i mBanku są też na screen saverach w kafejce internetowej (sam pomysł na reklamę fajny, ale czy jest realizowany naprawdę? W filmie wygląda sztucznie). W Paryżu oni spotykają się na lotnisku. Padają sobie w ramiona i idą na romantyczną kolację. Potem, nieźle już wstawieni, spacerują nocą po Paryżu, dobierając się do siebie. Nagle w następnej scenie jadą kabrioletem Saaba do hotelu. Skąd wzięli kabriolet w środku nocy? Ktoś im wypożyczył? Pijanym? Rano on zapala papierosa w samochodzie, dach chowa się do bagażnika. Scena trwa dwie minuty… Litości…

Sprawa ostatnia: komputery. Film, który ma ambicje stać się kultowym romansidłem polskich internautów (ciśnie się na usta „pokolenia Neostrady”) powinien „wirtualną rzeczywistość” oddawać w miarę wiernie. Nic z tych rzeczy. Ona ma pecetowego laptopa (i kafejki internetowe z Windows, a w pracy pecety z KDE), on ma PowerBooka w torbie, iMac-a G4 (lampka) w domu i PowerMaca w pracy. Wszyscy do odbierania poczty używają… Apple Mail. Rozumiem, że program jest świetny, ale nie portowano go jeszcze na Windows ;) To samo komunikator: oboje używają Spika (Wirtualna Polska też była sponsorem filmu). Na stronie Spika nie ma niestety klienta na Maca :( On ma stronę internetową (we Flashu) zabezpieczoną hasłem. Ona prosi kolegę, aby napisał jej… program do włamywania się na tę stronę. Ona uruchamia program w kafejce z płyty CD, a program po jednej literce łamie hasło. On wysyła maila, którego nie chciał wysłać. On dzwoni do kolegi i… prosi o usunięcie wysłanego już maila. Kolega w tym celu kładzie serwer firmowy u niej w firmie. U mnie, kiedy nie ma połączenia z serwerem, wyświetla się krótki komunikat. U niej wyskakuje okienko wielkie niemal na cały ekran i przewija się w nim lista plików z katalogu Windows (na komputerze jest Linuks i KDE). I tak dalej…

Film obejrzałem z bólem. W połowie bardzo już żałowałem, że nie przeczytałem książki, bo przynajmniej wiedziałbym, ile czasu zostało do końca (po fabule nie dało się takich wniosków wyciągnąć). Rekomendacja? Omijać szerokim łukiem…

Osobisty smaczek: poprzednia miłość onego, grana przez Grochowską, mieszka w starym mieszkaniu z matką (Anna Dymna). Sceny w tym mieszkaniu były kręcone we Wrocławiu, na ul. Norwida, dokładnie naprzeciwko starej siedziby MIDEA. Przez okna z mieszkania Natalii widać właśnie nasze byłe biuro ;))

  • sam222

    O Jezu!
    Właśnie obejrzałem ten „film” (całe szczęście, że na dvd i nie wyrzuciłem kasy na bilet) i już chyba wiem jak będzie wyglądał czyściec: przywiążą mnie do krzesła i będą w kółko puszczać „Samotność w sieci” i „Wiedźmina” przeplatane piosenkami Ich Troje i Dody.

    Pojawia się argument, żeby się nad filmem nie pastwić, bo akcja książki dzieje się w 1996. Nietrafny bo,jak już ktos tu zauważył, w filmie akcja przeniesiona jest w bliższe nam czasy: przecież widzimy Nowy Orlean dopiero co zniszczony przez powódź (swoją drogą, po jaką cholerę akcja nagle przenosi się do Stanów na kilkanaście minut chyba musi pozostać tajemnicą reżysera).
    Cieszy natomiast cywilizacyjna przewaga jaką mamy nad zgniłym Zachodem: u nas już blue connect, a u nich recepcjonista musi maile dla gości hotelowych drukować…

    Poza tym, jeśli już jesteśmy w USA, to może dałoby się namówić jakiś prawdziwych Amerykanów na występ, a nie zatrudniać polskich aktorów z koszmarnie drewnianym akcentem.

    Argument, że trzeba znać książkę, żeby zrozumieć film wcale filmu nie broni. Wręcz przeciwnie, świadczy tylko o tym jak fatalny i dziurawy jest scenariusz. Film ma być autonomicznym – przepraszam za semantyczne nadużycie w tym wypadku – „dziełem sztuki”. Udane ekranizacje książek są możliwe, np: genialne „Bezdroża”; powieści nie znam, a film jest według mnie znakomity. Nawet powieść epistolarną da się udanie przenieść na ekran (np. „Niebezpieczne związki”)

    Pada w tym filmie wiele zdań, które mają aspirację stać się złotymi myślami i radami życiowymi. Wydaje mi się jednak, że morał z niego jest taki: jak masz doła, to poleć sobie do Paryża, pomieszkaj kilka dni w niezłym hoteliku, wieczorem zwal gruchę podziwiając Wieżę Eiffela, popij winem i wypożycz sobie Saaba cabrio, żeby poszaleć po Champs-Elysees, a jak będziesz miał(a) ochotę się odchamić to polecam pójście do Museum d’Orsay o 2 po południu, gwarantuję, że będzie puściuteńko…

    Przyznaję, muzyka jest niezła i montaż też. Idealnym rozwiązaniem wydaje się chyba czytanie książki przy ścieżce dźwiękowej z filmu (oczywiście koniecznie leżąc nago na łóżku i i popijając burgunda za 100 euro)

    Pozdrowienia dla wszystkich, którzy nie zasnęli przy tym badziewiu.

  • sam222

    O Jezu!
    Właśnie obejrzałem ten „film” (całe szczęście, że na dvd i nie wyrzuciłem kasy na bilet) i już chyba wiem jak będzie wyglądał czyściec: przywiążą mnie do krzesła i będą w kółko puszczać „Samotność w sieci” i „Wiedźmina” przeplatane piosenkami Ich Troje i Dody.

    Pojawia się argument, żeby się nad filmem nie pastwić, bo akcja książki dzieje się w 1996. Nietrafny bo,jak już ktos tu zauważył, w filmie akcja przeniesiona jest w bliższe nam czasy: przecież widzimy Nowy Orlean dopiero co zniszczony przez powódź (swoją drogą, po jaką cholerę akcja nagle przenosi się do Stanów na kilkanaście minut chyba musi pozostać tajemnicą reżysera).
    Cieszy natomiast cywilizacyjna przewaga jaką mamy nad zgniłym Zachodem: u nas już blue connect, a u nich recepcjonista musi maile dla gości hotelowych drukować…

    Poza tym, jeśli już jesteśmy w USA, to może dałoby się namówić jakiś prawdziwych Amerykanów na występ, a nie zatrudniać polskich aktorów z koszmarnie drewnianym akcentem.

    Argument, że trzeba znać książkę, żeby zrozumieć film wcale filmu nie broni. Wręcz przeciwnie, świadczy tylko o tym jak fatalny i dziurawy jest scenariusz. Film ma być autonomicznym – przepraszam za semantyczne nadużycie w tym wypadku – „dziełem sztuki”. Udane ekranizacje książek są możliwe, np: genialne „Bezdroża”; powieści nie znam, a film jest według mnie znakomity. Nawet powieść epistolarną da się udanie przenieść na ekran (np. „Niebezpieczne związki”)

    Pada w tym filmie wiele zdań, które mają aspirację stać się złotymi myślami i radami życiowymi. Wydaje mi się jednak, że morał z niego jest taki: jak masz doła, to poleć sobie do Paryża, pomieszkaj kilka dni w niezłym hoteliku, wieczorem zwal gruchę podziwiając Wieżę Eiffela, popij winem i wypożycz sobie Saaba cabrio, żeby poszaleć po Champs-Elysees, a jak będziesz miał(a) ochotę się odchamić to polecam pójście do Museum d’Orsay o 2 po południu, gwarantuję, że będzie puściuteńko…

    Przyznaję, muzyka jest niezła i montaż też. Idealnym rozwiązaniem wydaje się chyba czytanie książki przy ścieżce dźwiękowej z filmu (oczywiście koniecznie leżąc nago na łóżku i i popijając burgunda za 100 euro)

    Pozdrowienia dla wszystkich, którzy nie zasnęli przy tym badziewiu.

  • Trist

    a kojarzycie nazwe tego hotelu w Paryzu?

  • Paula

    Uważam, że nikt nie ma prawa krytykowac firmu będącego ekranizacją (lub opartego na książce) bez jej przeczytania. Gdybyś poświęcił dwa wieczory na lekturę wiedziałbyś, o co chodziło z tymi mailami przepisywanymi przez recepcjonistę i z Saabem w środku Paryża. Nie powinieneś też krytykowac merytorycznego podejścia do kwestii informatyki w tym filmie, ponieważ nie wiem jak Ty, ale autor książki jest doktorem informatyki. Rozumiem, że oceniasz film i w wielu kwestiach się zgadzam, bo mnie również bardzo ale to bardzo się nie podobał. Skrzywdził autora książki jak i samo dzieło. Natomiast razi mnie, że zarzucasz reżyserowi niekonsekwencję, a sam jedyne luki w rozumieniu fabuły zawdzięczasz jedynie swojej czytelniczej opieszałości. Pozdrawiam.

    • http://paweltkaczyk.midea.pl Paweł Tkaczyk

      Powtórzyłem wiele razy, powtórzę i teraz: mam prawo oceniać film bez czytania książki. Kupiłem bilet do kina, książki nie było w cenie. Zakładanie, że na film pójdą jedynie ludzie, którzy czytali książkę, jest samobójstwem. Ile osób, które widziały „Władcę pierścieni” przeczytało trylogię Tolkiena?? ;)