Dla wielu z Was komiksy kojarzą się z obrazkami, w których postacie swoje kwestie wypowiadają od czasu do czasu w postaci małych dymków. Narrator wtrąca się z rzadka — mówi „Tymczasem w wiosce Gallów…” albo „Kapitan Żbik powoli uchyla drzwi…”. I dla dużej ilości komiksów jest to reguła. Jednak nie dla wszystkich. Tak było przed Frankiem Millerem.
Frank Miller wprowadził do komiksu coś, z czego to medium do tej pory korzystało bardzo rzadko — gęstą, nasyconą nastrojem narrację, do której obrazki są jedynie dodatkiem. Gatunek ten przestał funkcjonować jako klasyczny komiks (dymków tam było naprawdę mało) i zaczęto go nazywać graphic novel. Poza tym komiks Franka Millera przestał być pożywką tylko dla wypryszczonych nastolatków, wzniósł się w okolice literatury przez duże „L”. Wystarczy wspomnieć legendarnego już dziś Batmana Dark Knight Returns — mroczną historię, w której leciwy już Batman (a właściwie Bruce Wayne) musi stawić czoło swojej starości oraz demonom z jego własnej przeszłości. Wystarczy wspomnieć Ronina czy mini-serię Elektra (w Polsce ukazał się tylko jeden zeszyt, gdzieś na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku) — oba tytuły pokazywały fascynację Millera kulturą Wschodu. Bez nich współczesny komiks nie dorósłby do dzieł takich jak Sandman.
Sin City jest kontynuacją poprzednich fascynacji Franka Millera. Seria opowieści graficznych (bo przecież nie komiksów) narysowana w ostrej czerni i bieli przedstawia szumowiny z dna świata — najgorszych dzielnic Basin City.
Poznajemy zatem Marva (zeszyt pierwszy, Sin City) — wielkiego brzydala, który w podrzędnym barze spotyka dziewczynę swoich snów. Marv wie, że jest zbyt brzydki, aby ktoś taki jak Goldie mógł się nim zainteresować. Jednak oddaje się jej i spędza najlepszą noc swojego życia — po to, by rano znaleźć przy sobie zimnego trupa Goldie. Za wszelką cenę postanawia dowiedzieć się, kto i dlaczego ją zabił.
Poznajemy Dwighta McCarthy’ego (zeszyt drugi, A Dame to Kill For i trzeci Big Fat Kill), byłego płatnego zabójcę, który z nową twarzą rozpoczyna nowe życie. Przegania z mieszkania kelnerki jej byłego chłopaka, który pijany udaje się w okolice Starego Miasta, dzielnicy wszelkich uciech cielesnych. Pijany i napalony robi jeden fałszywy krok za dużo (a w Starym Mieście mężczyźni bardzo powinni na siebie uważać) i ginie z rąk prostytutek. Okazuje się, że był gliną — i to ważnym gliną. Kruchy rozejm między dziewczynami, policją i mafią w Starym Mieście zależy od tego, czy Dwightowi uda się pozbyć niewygodnego ciała. A nie jest to tak łatwe, jakby się mogło wydawać…
Poznajemy też Johna Hardigana (zeszyt czwarty, That Yellow Bastard) — gliniarza, któremu do emerytury została godzina pracy. Kiedy jednak dostaje cynk o Nancy Callahan, czwartej ofierze seryjnego gwałciciela dzieci Roarka (który — tak się składa — jest także synem senatora Roarka), nie waha się, tylko wchodzi wprost w paszczę lwa. Uratowanie jedenastoletniej dziewczynki będzie go to kosztowało więcej, niż był sobie w stanie na początku wyobrazić.
W Sin City objawia się jeszcze jedna fascynacja Millera — literaturą noir z początku ubiegłego wieku. Wielbiciele mrocznych kryminałów Dashiella Hammeta czy Raymonda Chandlera odnajdą w Mieście Grzechu wiele z tej dusznej, mrocznej atmosfery, którą tak przesiąknięty był prochowiec Philipa Marlowe’a. Odnajdą tu niebezpieczne femme fatalle — równie piękne, co zabójcze oraz przegranych facetów, których trzyma przy życiu żądza zemsty bądź coś jeszcze gorszego. Będą mogli upoić się narracją przesyconą dymem papierosowym i wódą, przemierzyć miasto pełne zepsucia, korupcji i grzechu.
Dlaczego tak bardzo rozpisuję się o literackim pierwowzorze filmu, który wczoraj widziałem? Bo uważam, że trzeba wiedzieć, na co się przygotować idąc do kina. Bez pobieżnej chociaż znajomości pierwowzoru zostaniemy uderzeni falą bezsensownej przemocy (porównywalną do Kill Billa czy Old Boya) i nie będziemy w stanie docenić artyzmu dzieła Roberta Rodrigueza. Bo jego film Sin City to nic innego jak hołd złożony literackiemu oryginałowi Franka Millera. Reżyser z olbrzymim pietyzmem starał się odtworzyć klimat komiksu w medium zupełnie innym — w filmie. I udało mu się — film Sin City jest najbardziej „komiksową” adaptacją komiksu z ostatnich lat. A co ważne — jako film, Sin City nie traci nic ze swojej niepowtarzalnej atmosfery.
Nie wróżę Sin City olbrzymiego sukcesu kasowego, porównywalnego np. z filmową adaptacją Spider-mana. Pozostanie dziełem niszowym, przelotną modą, jak filmy noir z lat czterdziestych ubiegłego wieku. Jednak nie zmienia to faktu, że pozostanie Dziełem — mającym stałe miejsce w historii kina, cieszącym oczy fanów na całym świecie — tak samo jak niezapomniany Sokół maltański nakręcony przecież kilkadziesiąt lat wcześniej.
Jedną ze scen nakręcił Quentin Tarantino (jako „special guest director”). Dla wprawnego oka fana nie będzie wielkiego problemu z jej znalezieniem. To co, może mały konkurs? Która to scena? ;-)



