Byliśmy wczoraj z Pat na „Troi”. Nędza. Film chwilami przynudzał. Akcja skupiała się wokół Achillesa, który z osiłka o niezniszczalnej skórze wyewoluował w filmie do „wojownika wszech czasów”.
Z całego filmu zabrano wątki boskie. To znaczy nadal są świątynie, ale nie ma słowa o boskich konfliktach. Nikt nie powiedział dlaczego Parys pojawił się w łóżku Heleny, nie było Kassandry… „Iliada” pełna była przepowiedni, które sprawiały, że szala wojny przechylała się w jedną bądź drugą stronę. Pierwszy, który stanie na ziemi trojańskiej miał szybko zginąć w wojnie — i Grecy bali się wysiadać z łodzi. Nic takiego w filmie nie było. Jedyną prorokinią była Tetyda, matka Achillesa. Ale to był epizod…
Film był nudny, bo scenarzyści ominęli mnóstwo ciekawych wątków. Menelaos mówi „Trzeba zwerbować Odyseusza” i w następnej scenie Odyseusz jest. A przecież Odys nie chciał iść na wojnę, udawał wariata, dopiero kiedy położono mu przed pługiem jego syna, musiał się ujawnić. Dlaczego te rzeczy pominięto? Na pewno byłyby bardziej interesujące niż kolejny przemarsz wojsk.
No i na końcu sama Helena. Wcale nie jest najpiękniejszą kobietą na ziemi. Ba, nie jest nawet najpiękniejsza w całym filmie :) Andromacha, żona Hektora, bije ją urodą na głowę. Grą aktorską pewnie też, choć niewiele ma do grania :-)
O poprzestawianiu losów bohaterów w stosunku do oryginału nie wspominam — dla mnie żenujący jest Achilles, który żyje kiedy upadły mury Troi. Ale skoro scenarzysta tak chciał… Filmowi bardzo nie pomogło :)
Z dobrych wiadomości: przed filmem kupiłem w EMPiK-u świeżutkie „Wilki w ścianach” Gaimana. Recenzja wkrótce :)



