Na forum GoldenLine.pl toczy się dyskusja na temat „naciągania” projektantów na pracę za darmo i udziału we wszelkiego rodzaju quasi-konkursach. Sam wypowiadałem się na ten temat — na przykład tutaj — ale w dyskusji pojawił się ciekawy wątek, do którego chciałbym szerzej odnieść się tutaj.
Chodzi o powołanie jakiegoś stowarzyszenia, które — cytując Leszka Salomona z forum — weryfikowałoby twórców reklamy, a członkostwo w nim było jakąś oznaką pewnego pułapu wiedzy. Skąd ten pomysł? Spróbuję zarysować jego korzenie dla ludzi niezwiązanych z branżą.
Projektowanie to branża wybitnie indywidualna — za tą samą usługę można żądać bardzo zróżnicowanych stawek, a wycena zależy od wielu czynników, w tym niektórych tak subiektywnych jak umiejętności projektanta czy gust Klienta. Projekt to niematerialna usługa, dlatego również sposób obsługi Klienta, czy nawet zachowania projektanta mogą mieć wpływ na to, ile weźmiemy za projekt.
Oczywiście podstawowym kryterium wyceny nadal jest prawo popytu i podaży, czyli równowaga pomiędzy ceną, za jaką projektant będzie chciał pracować, a ceną, jaką Klient jest skłonny za tę pracę zapłacić. I tu zaczynają się schody.
Po pierwsze, Klient nie zawsze dokładnie wie, za co płaci. Poza podstawowym podziałem na „podoba mi się” i „nie podoba mi się”, projektowanie to spora dawka wiedzy praktycznej — projekt ma być nie tylko ładny, ma spełniać określone cele. Okładka ma sprzedawać książkę, logo ma wyróżniać firmę… Do tego są pewne minimalne standardy techniczne, które projekt powinien spełniać (np. logo powinno być dostarczane w formacie wektorowym, z wersjami dla ciemnego tła itp.) — Klient nie zawsze zdaje sobie z tego sprawę, bo… nie musi się na tym znać.
Po drugie sami projektanci mogą stosować pewne „brudne” techniki na obniżenie kosztów własnych i — w konsekwencji — niższą cenę dla Klienta. Od robienia pracy „na odwal się” (wtedy jestem w stanie zrobić 10 logotypów dziennie, zamiast jednego, dobrze przemyślanego) przez używanie pirackiego oprogramowania aż po obniżanie standardów, wykorzystując niewiedzę Klienta.
Po trzecie, bariera wejścia na rynek jest bardzo niska. Właściwie każdy, kto ma komputer i potrafi narysować w koło w jakimś programie graficznym może mienić się już projektantem (i wierzcie mi, są tacy). Wchodzą na rynek i… psują go, bo Klient po spotkaniu z takim „tfurcą” dwa razy się zastanowi, zanim znowu powierzy pieniądze jakiemuś projektantowi.
Od czasu do czasu powstaje zatem pomysł, aby stworzyć organizację, coś w rodzaju „cechu”, która będzie zrzeszać projektantów. Członkostwo w niej (potwierdzone jakimś certyfikatem) informowałoby Klienta, że projektant ma umiejętności potrzebne do wykonania zadania, a przy tym metody stosowane przez niego są „czyste” z punktu widzenia środowiska (nie psuje rynku).
Czy taka organizacja jest potrzebna i — co ważniejsze — czy spełniłaby pokładane w niej nadzieje? Moim zdaniem nie.
Wierzę w mechanizmy samoregulacji wolnego rynku. W uwarunkowaniach rynkowych, jakie opisałem powyżej jedynym problemem jest — moim zdaniem — brak wiedzy Klienta. Jeśli nie wie on, czym różni się prawidłowo wykonana identyfikacja od „zrobione po łebkach”, jest spora szansa, że wybierze tę tańszą. „Jeśli nie widać różnicy, to po co przepłacać?” mówi znana reklama. Świadomy Klient nie będzie przepłacał, nigdy. Ale będzie gotów zapłacić więcej za usługę, która jest wykonana lepiej (a on będzie to dostrzegał).
Dlatego jedyną drogą, jaką widzę przed tym rynkiem jest edukacja Klienta. Zwróćcie uwagę, w jaki sposób rozwiązuje to większość opisywanych problemów. Świadomy Klient — jak napisałem wyżej — sam zdecyduje, jak bardzo zaawansowanego projektu potrzebuje. Jeśli zdecyduje się płacić więcej, będzie wiedział, czego wymagać. Początkujący projektant nie będzie się nawet starał o takie zlecenie, bo grając uczciwie odpadnie w eliminacjach (Klient po rozmowie z nim stwierdzi, że nie dostanie usługi na oczekiwanym poziomie), a „ściemniać” nie będzie w stanie (bo świadomy Klient będzie wiedział, czego chce).
Tę edukację prowadzimy — jako firma — we własnym zakresie. Jej częścią jest baza wiedzy na naszych stronach, tak samo jak jej częścią jest ten blog oraz szkolenia, które prowadzę. Świadomie nie konkurujemy o Klienta, dla którego najważniejsza jest cena, bo doskonale zdajemy sobie sprawę, że zawsze znajdzie się ktoś, kto zaoferuje podobną usługę o przysłowiowe 10 PLN taniej. Zamiast tego staramy się pokazać nasze unikalne umiejętności i uświadomić Klientowi, dlaczego powinien je cenić. I to działa.
Gdzie zatem widzę rolę organizacji zrzeszającej twórców reklamy? W propagowaniu takiej edukacji właśnie. Specjaliści dzielący się swoją wiedzą wbrew pozorom nie działają na swoją szkodę, więc dlaczego nie robić tego w ramach jakiejś instytucji? Zamiast kisić się we własnym sosie, wydawać certyfikaty i organizować egzaminy dla członków, dlaczego nie poświęcić czasu na zorganizowanie jakiejś platformy wymiany myśli, wspólnego z Klientami rozwiązywania problemów?
Certyfikaty i egzaminy kojarzą mi się z patologiami spotykanymi w organizacjach zrzeszających prawników, gdzie ceny za usługi są wygórowane, a do „cechu” przyjmuje się synów i córki jego członków. Ciężko mi wyobrazić sobie powiew świeżości — tak ważny w interakcjach między projektantami — w tak skostniałym cechu. Nie, zdecydowanie wolę wolny rynek :)
A jakie jest Twoje zdanie w tej kwestii?



